u-filipinki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2003

Na godzinkę przed rozpoczęciem wieczerzy wigilijnej, zasiadłam przed kompikiem i klikam. To z pewnością będą cudowne święta z małym pechem w postaci mojego przeziębienia. Przez noc całą bolało mnie gardło, a teraz czuję jak temperaturka rośnie. Ciekawam czy dotrwam do pasterki w kościele św. Jana? Tak bardzo bym chciała…

Życzę Wam życzenia!

Żebyśmy nauczyli się rozmawiać i dialogiem rozwiązywali wszelkie konflikty a nie WOJNĄ! Przez to, że Polska poparła wojnę w Iraku, boję się dzisiaj iść na pasterkę. Ludzie mówią o planach zamachów terrorystycznych w miejscach gdzie będą zgromadzone tłumy. Nie jest to potwierdzona wiadomość, ale mówi się, że złapano w Gdańsku sporą grupę Arabów z dużą ilością pieniędzy i dokładnymi planami miasta. I to wszystko, dlatego, że tak łatwo została podjęta decyzja o podjęciu walk zbrojnych. BOSZ! Ja chcę byśmy potrafili do siebie mówić i się rozumieć.
To tylko jedno z wielu, wielu życzeń, jakie składam Wam i sobie.
Zmykam kolędować.

Oto po raz ostatni w tym roku budzik mój zadzwonił o 6:00 i musiałam wstać do pracy. Od 17:35 rozpoczynam urlop, podróżą do Polski. Jadę pociągiem z Salzburga przez Wiedeń do Warszawy (MOJEJ KOCHANEJ!) Radość moja jest ogromna, bo jutro rano, będę stała na Centralnym i cieszyła się na spotkanie z rodzinką. Jestem spakowana, jeszcze tylko ostatnie zakupy, tona słodyczy na podróż, przygotowanie kolacji dla familii i zajęcia z niemieckiego. Będę ogromnie tęsknić za Farkusem. Bardzo chciałabym go zabrać ze sobą, żeby zobaczył kraj, w którym może dane mu będzie spędzić swoją emeryturę.

A teraz, już tradycyjne, podziękowania.
Zazwyczaj przesyłałam je fołardowym mejlem, no ale skoro mam okazje zrobić to na blogu to czemu nie?
Otóż bycie w Austrii mimo całkiem znośnej sytuacji, jaką tu mam, nie jest dla mnie łatwe. Tęsknie, smuce się, upadam, wątpię. A Wy, którzy pisujecie do mnie listy ze słowami wsparcia, podziwu, pochwał, bardzo bardzo mi pomagacie. To naprawdę cudowne, móc pobiedz rano do bramy (do skrzynki) i w stosie korespondencji dla domowników znaleźć coś dla siebie. Albo otworzyć skrzynkę mejlową i zobaczyć, że jest dla mnie wiadomość. Bardzo Wam za to dziękuję! Umilacie mi mój, trudny niekiedy, pobyt tutaj. I czas tak szybko leci… za 24 godziny będę w stolicy.
Do zobaczyska w Polsce na rilu!!! BUZIAKI!

das Reisefieber – nervös vor einer Reise
das Reisegepäck – das Gepäck für eine Reise

Taką zgrabną notkę miałam przygotowaną o moim łyżwowaniu. Moja naiwność i przecenianie mocy kompów, doprowadziły do jej utraty. I teraz musze napisać to samo drugi raz, ale przecież tak słowo w słowo to już nie będzie.
Ubiegłorocznej zimy Emi wyciągnęła mnie na pobliski zamarznięty staw. Okazała się cudownym nauczycielem, bo w niecałą godzinę opanowałam lęk i przesuwałam się śmiało po lodzie na łyżwach. Ale to był tylko jeden raz, a od tamtego czasu minął prawie rok. W czwartek klub Kordiana, w którym on trenuje hokeja, miał imprezę choinkową na lodzie. Wybrałam się razem z nim, nie wierząc w to, że dam rade połyżwować na takim profesjonalnym lodzie. Udało się, choć nie było mi łatwo. Korduś początkowo musiał trzymać mnie za rękę, żebym jakoś rozpoczęła moje ślizgi. Dojechaliśmy na środek lodowiska i on zginął w rozpędzonym tłumie kolegów i ich rodziców. Nie było innej rady, jak dojechać o własnych siłach do bandy. Powoli, pokracznie, ale jednak… a po tej rozgrzewce, samodzielnie przejechałam cztery okrążenia boiska, co uważam za swój sukces. Łyżwiarką nie będę, ale chciałabym móc się nauczyć w miarę bezpiecznie i pewnie poruszać na łyżwach.
W czwartek, przed zabawą na lodowisku, kupiłam bilet do Polski. Kosztował mnie bagatela (!) 112 Euro.
Planowane wizyty w miastach: Warszawa – uroczyste powitanie,
wywiady, autografy, wizyty w zakładach pracy… następnie Gdańsk, Gdynia, Reda, Słupsk, może Lublin.

die Schlittschue – łyżwy
die Fahrkarte – bilet

Grrrrrrrr

Brak komentarzy

Pogniewałam się. Na siebie, na internet, na przeglądarkę, z której korzystam. Napisałam notkę o łyżwowaniu moim dzisiejszym i klikając na ‚dodaj’ wysztko poszło się je…. bo oczywiście stronka wygasła. Ech! Za nic nie mogłam odzyskać utraconego tekstu, a teraz jestem już zbyt zmęczona, żeby go odtworzyć. Jak znajdę jutro czas to napiszę od nowa. Bó ;-( zmarnowałam tyle czasu. Mam nauczkę.

die Wut – złość
die Notiz – notatka

Zamieszczę poniżej fragment mejla, którego napisałam w ferie zimowe, do przyjaciół. Dotyczy on mojego pobytu na nartach z rodziną, u której pracuję.

* * *

17.02.2003.
Wróciłam w sobotę.
Nie powaliła mnie żadna lawina, ale mega gorączka. W piątek miałam taką
temperaturę, że majaczyłam. Moja krew chyba się gotowała. Rodzinka poszła nartować, a ja sama zostałam i umierałam.
Dopiero, gdy wrócili, Emilka zrobiła mi szybciorem zimne ręcznikowe okłady, potem dostałam od Petera dwie aspiryny i spociłam się na maxa. I jakby wszystko ze mnie wyszło. Temperatura opadła. Noc miałam kiepską, bo wciąż jeszcze jestem osłabiona. Teraz tylko potwornie boli mnie gardło. No, ale jestem już w domku.

Jakieś zmutowane wirusy musiały mnie dopaść, bo dzieci już od kilku dni
chodzą przeziębione. Ja się jakoś trzymałam, bo pochłaniałam tony wit.C.
W końcu jednak padłam.
Ostatni raz tak koszmarnie czułam się równo rok temu.

A jak było?….

Bardzo mi smutno z tego powodu:((((((, ale narty to kompletnie nie moja
dziedzina.
Od teraz jestem pełna, pełna, pełna podziwu!!!!!! dla wszystkich sportowców, którzy się tym sportem trudnią.
Bo można założyć dobre butki i iść pobiegać, potem zając pierwsze
miejsce w jakimś maratonie, można założyć strój pływacki i pływać tak
dobrze i tak szybko, że też się cos wygra. Można mieć dobry rower i
kondycje w nogach i też jest się super kolarzem. Itd….
A tu?
A tu trzeba być super chyba we wszystkim.
Zaczyna się od tego, że lądujemy w zimnym miejscu, no nie, bo to góry
Alpy zima, mróz, że hoho. Potem okazuje się, że klimat też jest totalnie
inny, powietrze nieco rzadsze, oddycha się inaczej.
Jak już się z tym uporamy i jesteśmy na maxa zachwyceni pobliskimi
widokami czeka Nas kolejny koszmar (tzn. mnie:)
Trzeba założyć te kosmiczne buty. Ja nie mam pojęcia jak ludzie tak wspaniale, szybko i sprawnie w nich chodzą?!?! Ja szlam w nich jak ostatnia pokraka.
W moim życiu BARDZO ważne jest „stanie na Ziemi; poczucie stabilności; równowagi i takie tam”.(precz wysokie
obcasy!)
Te buty całkowicie są przeciw mojej naturze. Sukcesem ogromnym było dla mnie pokonanie tej
mojej zdrowej wygody. Założyłam te buciory.
Kolejny sprawa: wyciąg czy stok, nie znajduje się za drzwiami Naszego
pokoju. Trzeba tam dojść. A ile ważą narty? No i jakże wygodnie się je
nosi na ramieniu – prawda?:)
Są tacy, którzy już od domu albo autokaru idą w nartach na nogach.
Wiecie, stanęłam i patrzyłam z podziwem na takie mrówki idące powolutku
cierpliwie trochę pod górkę do wyciągu. Skąd ludzie mają tyle siły??????
I wytrwałości? Bo ja odpinałam narty i szłam w tych buciorach,
Przynajmniej miałam poczucie, że się poruszam do przodu, bo w nartach
jakoś tak nie czułam:) – jakbym stała w miejscu.

I tu się chyba kończy moja przygoda. Pozostałe uczucie jest tylko jedno.
I chyba każdy, kto mnie dobrze zna, wie, o co mi chodzi. I oczywiście to
może wydawać się śmieszne czy chore, ale JA SIĘ NAPRAWDE BOJĘ.
Za nic nie dałam rady pokonać mojego leku. Mam tak samo jak z wejściem
do głębokiego basenu. Może gdybym wiedziała, że dobrze pływam, to bym
się nie bala…. i adekwatnie do nart, gdybym umiała na nich jeździć to
bym się nie bala.

Ale przynajmniej wiem, że spróbowałam.
I tak: pierwszego dnia były biegówki – i jak się potem okazało
najbezpieczniejsze dla mnie zajęcie, bo przynajmniej tu ma się jakąś kontrole nad stopami (no ja miałam). Potem był snowboard i tu przesiedziałam chyba pół godziny na stoku, bo za nic nie mogłam wstać, a jak już stałam, nagle zaczęłam zjeżdżać i co? I się szybko
wywróciłam. No a potem znowu to trudne dla mnie wstawanie. Koszmar.
Następnego dnia Emilka źle się czuła i pożyczyłam od niej narty. Jest
niższa więc narty ma krótsze. I coś niby mi wychodziło, jakoś sobie
poradziłam, pokracznie, ale poczułam jak to fajnie ześlizgnąć się z górki.
Potem Hania pożyczyła mi swoje długie deski i tu już za Chiny nie
dawałam sobie rady, mimo, że Emilka jest świetnym nauczycielem i naprawdę fachowo mi tłumaczyła np. skręcanie.
Kolejny dzień to tzw. BigFood’y – znacie te śmieszne małe narty? Trochę
większe od stopy:)

Ostatniego dnia pełna rezygnacji, obolała, zdecydowana byłam już tylko
na sanki, ale gorączka zrobiła to co zrobiła i leżałam w domku.

I taki ze mnie narciarz.

Nieźle, jeden wyjazd, 3 dni, a ja, zaliczyłam biegówki, zjazdówki, deskę
i te duże stopy. I nadal się boję.

Potrzebuję chyba nauczyciela z dużą ilością cierpliwości na ten mój lek.

Do teraz boli mnie wszystko. Już sama nie wiem czy od tej mojej choroby,
czy od tego wysiłku.

Niby wiem, co to znaczy ciężar, bo już kilkadziesiąt razy świetnie sobie
radziłam z dźwiganiem rożnych rzeczy. Kilka przeprowadzek (kartony), te
podróże zagraniczne (plecaki), to są naprawdę treningi dla ciała. Jakoś
wtedy dawałam rade i tak mnie to nie wykańczało. A tu?
Wolę chyba wiosną, latem, jesienią, chodzić po górach niż zimą z nich
zjeżdżać.
I trochę smutno mi z tego powodu, bo widziałam jak te narty
rozpromieniają ludzi, jaka radość była we wszystkich, mimo zmęczenia
oczywiście. No ja tego nie zaznałam niestety (tej radości).

Okolica przepiękna, gapiłam się na te góry i unosiłam z zachwytu. Cieszę
się, że poznałam to miejsce.

I to by było na tyle.
Wytrawnych narciarzy moja postawa może rozbawić:, „że taka szansa, a ja…..”
Mam nadzieje, że tych, którzy dotąd nie nartowali nie wystraszyłam i
jeśli tylko będą mieli kiedyś podobną możliwość, to z niej skorzystają, z
uśmiechem wspominając moje doświadczenie:)

Zastanawiałam się jeszcze nad jedną sprawą. Jak takie duże schronisko,
pensjonat, gasthaus, czy jak mu tam było, funkcjonowałby w naszym kraju.
I tu oczywiście chodzi mi o możliwość zostawienia otwartego pokoju na
cały dzień gdy jesteśmy na stoku (w pokojach zostawiamy wszystko co ze
sobą przywieźliśmy), pozostawiania w specjalnych pomieszczeniach NICZYM
NIEZABEZPIECZONYCH!!!! nart, butów, kurtek, całego osprzętu. Nic nie
ginie. Nikt nie kradnie!!!!!! Uwielbiam za to Austrie!

Koniec ferii (tutaj trwają tylko tydzień)
Praca czeka. Teraz też mam góry – prania i prasowania:)

Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie!!!!
Życzę dużo szczęścia!!!!!!!!!
I zdrowia też:)

Marysia FILIPINKA

P.S. moja przygoda miała miejsce w Oberntauern koło Radstad’u jakieś 40
Minut samochodem od Salzburga.

* * *

der Brief – list
der Schi – narta

Drogi Święty Mikojału, nie obawiaj się przypadkiem sprawić mi tego prezentu, gdyż może na myśl Ci przyjdzie, że inny Mikojał, przeczytawszy mego bloga, podaruje mi szlafroczek. O nie! Motto moje brzmi: lepiej mieć 6 fajowych szlafroków (niekoniecznie granatowych – byleby nie czerwone), niż żadnego.
Ale jak szaleć to szaleć!
Marzy mi się:
-dobry słownik do języka, którego się aktualnie uczę,
-wszelkie książki – albumy ze zdjęciami Jana Pawła II (spory masz wybór co nie?;-),
-adapter Bambino,
-dozgonna prenumerata „Zwierciadła”
-cokolwiek co posiada fotografie dzieci autorstwa Anne Gedees,
-około 20 biletów na pociąg relacji Wiedeń – Warszawa,
-Snupi pod każdą postacią,
-3 tiry z dodatkowymi przyczepami wypełnione po brzegi słodyczami,
-fotel bujany,
-albo fotel wiklinowy taki duuuuuuuży,
-najnowsza płyta Majkela Dżeksona (naprawdę chcę posłuchać tego co wydał, zawsze bardzo lubiłam jego twórczość)
-i krem do dłoni, bo mam takie zniszczone ;-(,
- i bita śmietana
a jak sobie jeszcze coś przypomnę, to nie omieszkam zapisać.

das Geschenk – prezent
die Überraschung – niespodzianka

Drogi Święty Mikojału, co to przynosisz prezenty pod choinkę!
W tym roku mam takie oto życzenie: marzy mi się granatowy szlafrok, cobym mogła zakładać go wieczorami, po każdej kąpieli na moją piżamkę, lub co rano, gdy schodzę budzić dzieci i krzątam się po kuchni, robiąc kanapki do szkoły. Będę niezwykle wdzięczna za podarowanie mi takiego praktycznego prezentu. Zatem czekam do pierwszej gwiazdki :-)
- wdzięczna za zrozumienie i spełnienie prośby, trochę niegrzeczna w tym roku, Marysia.

das Bad – kąpiel
der Schlafrock – szlafrok

Sobotni wieczór upłynął mi na uzupełnianiu zaległości w blogu.
Dobra herbata, muzyka z RMF Classic (polecam!) i mój laptop.
Siedzę zamyślona, bo nie wiem jak to się stało, że jeden facet pogniewał się na mnie za to, że dostałam książkę od Mikojała. I że ośmieliłam się z tego cieszyć… ach! Dziwny jest ten świat. Gubię się. A może nie… może wszystko jest banalnie proste, tylko trzeba otworzyć oczki. Teraz jednak je zamknę, bo idę spać.

der Abend – wieczór
der Samstag – sobota

Piątek

Brak komentarzy

Oczki zapuchnięte od płaczu i niewyspania. Smutno mi bardzo, bardzo, bardzo. I chociaż miałam napisać o przyczynie tego smutku, to jednak tego nie zrobię. Nie dam rady.

die unbewohnte Insel – bezludna wyspa
das Geheimnis – tajemnica

Czwartek

1 komentarz

Dzień, jak co dzień. Pracowity. Ale wieczór cudowny, jeśli stanie przez godzinę w budce telefonicznej może być dla kogoś cudowne. Dla mnie takie było.
Mimo potwornego zimna, zdecydowałam się pojechać na rowerze do przydrożnego telefonu.
Za pomocą kilku magicznych cyfr połączyłam się przez internet z moim Mistrzem. Agnieszka czekała na mój telefon, bo uprzedził ją Piotr. Tak miło było Ją usłyszeć i móc podzielić się moimi smutkami i radościami. To była owocna rozmowa, a nie jakieś tam płytkie bla, bla, bla. Aga pomogła mi przyjrzeć się moim problemom z innej perspektywy. Oj dużo pracy przede mną, żeby osiągnąć w temacie naszej rozmowy jako taką równowagę. A rozmawiałyśmy oczywiście o facetach.
Dziękuję Bogu, losowi, przeznaczeniu, przypadkowi, że spotkałam Agnieszkę. Ona jest najważniejszym człowiekiem moim życiu. Nie byłabym tym, kim jestem gdyby nie ona. Nikomu nie jestem tak ogromnie wdzięczna jak Jej. Za wszystko! Aga jest wspaniałą kobietą i gdybym była facetem, nic by mnie nie powstrzymało przed ożenkiem z Nią. Moja płeć jednak na to nie pozwala. Pewnie to nawet i lepiej, bo możemy być duchowymi siostrami, co okazuje się być silniejszą relacją niż niejedno małżeństwo. Kocham Cię Agnieszko i dziękuję za to, że jesteś!!!

der Anruf – rozmowa telefoniczna
der Meister – mistrz


  • RSS