u-filipinki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2004

Ująć faceta

1 komentarz

Czegóż to kobiety nie wymyślają, żeby ująć swoich mężczyzn (albo nie swoich).
Ile kasy idzie na kosmetyki, ciuchy, ile wysiłku wkładają w przygotowanie pysznej, romantycznej kolacji. Piszą smsy, albo nieustannie dzwonią i pytają: ‘Kochasz mnie? bo ja cię bardzo.’
Oczywiście bywa tak, że wszystkie te zabiegi przynoszą rewelacyjne skutki. Kobiety zdobywają swoich mężczyzn (albo nie swoich). Ale co z tymi, które mimo wielu wysiłków, tak często przeżywają odrzucenie?
Zacytuję słowa mężczyzny skierowane do kobiety (znam jego i ją), może zdradzą one jeszcze jeden sekret jak można mile zaskoczyć swojego faceta (albo nie swojego).

„Ale wiesz, co mnie najbardziej ujęło w tobie?
Był taki moment, kiedy musiałem napisać kilka maili i ci to powiedziałem…..
I wyjęłaś jakąś książkę i zaczęłaś czytać…
Na łóżku…
Bosz, pierwsza kobieta, która w takiej sytuacji dala mi pracować.
Zwykle to się zaczynały dąsy albo jakieś głupie obejmowanie i pytania typu: z kim gadasz?
A ty po prostu dałaś mi napisać, co miałem napisać.
Mjut:-)”

Sen zimowy

1 komentarz

A ja to bym bardzo chciała, żeby tak koło listopada można się było położyć spać i wstać gdzieś w połowie marca. Chciałabym zapaść w sen zimowy. Wygodne łóżko, ciepła kołderka, kilka kartonów ptasiego mleczka obok i aby do wiosny. To ptasie mleczko jadłabym w półśnie, przewracając się, co dwa tygodnie na drugi bok.
Bo ja nie przepadam za zimną. Oczywiście ona ma swój urok, ale ja chyba nie lubię jak mi jest zimno, jak jest ślisko, jak się śnieg roztapia i się robi plucha.
Kto wie, może za miesiąc spadnie śnieg? Rozpocznę moją trzecią zimę w Alpach. Szkoda, że nie mogę jej przespać.

/me chadza w czapkach, w których wygląda jak kretyn, ale co tam, w głowę też musi być ciepło
/me czasem zamiast czapki nosi nauszniki, żeby jej te ogromne uszy się nieodmroziły
/me nosi rękawiczki na sznurku, jak przedszkolak, ale co tam, przynajmniej nigdy ich nie gubi
/me jest zawsze opatulona szalikiem

Babka

1 komentarz

Pewnie ponad rok minął od dnia, w którym obejrzałam film pt. ‘Moje wielkie greckie wesele’. Jednak zawsze, gdy jem babkę, powraca mi w myślach dowcip sytuacyjny z tego filmu.
Jedna rodzina idzie z wizytą do drugiej, no, bo tak trzeba, jeśli dzieci tych rodzin mają się poślubić. Mama przyszłego pana młodego przychodzi wraz z mężem. Być może w jej środowisku nie wypada przyjść na takie zapoznawcze spotkanie, z pustymi rękami. Piecze samodzielnie ciasto. Klasyczną babkę.
Wręcza to ciasto mamie przyszłej panny młodej, a ta nie bardzo wie, o co chodzi. Chwila wahania, sztuczne obustronne uśmiechy, ciasto przekazane i tu ściszone słowa obdarowanej do męża: ‘Dostaliśmy dziurawe ciasto. No zobacz: ciasto z dziurą’.
Ot Grecy:-)

Priorytety

1 komentarz

Myślałam, że w świecie dużych interesów najistotniejsza jest kasa. Okazało się, że nie zawsze, nie dla każdego.

Dwaj biznesmeni umawiają się na spotkanie. Mają się na nim bliżej poznać, omówić potrzeby, zaprezentować plany. Ma powstać pewien projekt. Mają rozmawiać o naprawdę dużej kasie.
Obaj są ludźmi pracy, obaj są mocno zajęci. Ich kalendarze wypełnione są terminami spotkań i wyjazdów już na kilka miesięcy wprzód.
Nie mieszkają w tym samym mieście. Ba, nie mieszkają w tym samym kraju.
W mejlach podają sobie wstępne daty spotkania. Jeden może przyjechać do drugiego.
Tak się jednak niefortunnie składa, że w tym dniu, gdy pierwszy będzie w mieście drugiego, ten drugi ma jakiś ważny wyjazd i nie może się wtedy spotkać.
No to, kiedy?
Ten drugi proponuje poranek następnego dnia. Wtedy już będzie na miejscu. Mogliby się spotkać na biznesowym śniadaniu, tak około godziny 9tej, omówić wszystkie szczegóły.
I jaka pada odpowiedź z ust tego pierwszego, na sugestie drugiego?

- Rano nie! Rano to ja śpię.

Do spotkania nie doszło.

Nowy adres

1 komentarz

Tu aktualnie mieszkam:
N 47º 45’ 48’’
E 13º 01’ 00’’

Wczoraj przeżyłam jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu.
Dziękuję.

I w Salzburgu nie padał deszcz.

Wykałaczka

2 komentarzy

A jednak usterką mojego notbuka jest wyrobione gniazdko. Wtyczka kabelka jest tam luźno umieszczona i mikroprzesunięcie jej powoduje brak ciągłości przepływu prądu.
Bateria niestety też jest już do wymiany.
Pomyślałam sobie, że trzeba by było czymś tą wtyczkę tymczasowo usztywnić. Pomysł typowo blondynkowy. Co przewodzi prąd? Metal. No to wkładamy między wtyczkę a gniazdko spinacz lub zapychamy wszystko folią aluminiową.
Bosz! W porę przyszło mi skonsultować ten pomysł. Bardzo prawdopodobne, że po moim eksperymencie straciłabym komputer na zawsze.
Polecił mi wykałaczki i tak też zrobiłam. Na ten moment wszystko działa. Wykałaczka usztywniła odpowiednio wtyczkę i prąd zasila laptopa bez zakłóceń. A ja mogę pisać blogowe notki.

Serwis MAXDATY w ramach gwarancji naprawi gniazdko. Tyle, że muszę im na swój koszt dostarczyć notbuka do Wiednia. Bilet na pociąg relacji Salzburg – Wiedeń kosztuje 36 euro. A potem musiałabym wrócić.
We wtorek skorzystam z usług kurierskich i z pewnością zapłacę o wiele mniej za transport mojego kompa do stolicy Austrii.
Może dadzą radę naprawić do łikendu. Tyle dni bez kompa i sieci… dobrze, że mam ciekawe książki, poczytam sobie.
Obawiam się tylko jednego. Czy zdołam przekonać serwisantów do powstrzymania się od formatu twardego dysku? Mają to w standardzie i nie biorą odpowiedzialności za całkowitą utratę danych. No a po formacie mam sama sobie postawić system, tak??? Ciekawe jak?
Może duża kartka z prośbą o nieformatowanie, naklejona na notbuku, jakoś ich powstrzyma. Do prośby załączę rysunek trupiej czaszki, to ich powinno odstraszyć, co nie?:-)

POMOCY!!!

2 komentarzy

Potrzebuję pomocy.

Ale trochę innej niż rada: „zadzwoń do serwisu”.
Żaden język obcy nie jest mi tak bliski, żebym sobie przeprowadziła z serwisantem luźną rozmowę o tym, co dolega mojemu komputerowi.
KURWA! Nie potraficie tego zrozumieć, że taka dla Was prosta czynność, mnie przerasta?! Ja tego nie potrafię zrobić! Ja się na tym nie znam!

Mam pęknięty kabel. Gdzieś przy wtyczce.
On mnie poprawia, że to zasilacz.
Kurwa, jaki to jest zasilacz? Dla mnie to jest kabel.
Według mnie zasilacz to jest ta czarna skrzynka z drugiej strony wtyczki, notabene zawsze bardzo ciepła. No, ale ja się nie znam.
Pan w polskim serwisie powiedział, że to może nie kabel, nie wtyczka, nie zasilacz, a gniazdko. Bo one podobno często się wyrabiają. Ciekawe, czym się moje wyrobiło, jak komp przez cały czas podpięty jest do prądu?

Komputer z braku zasilania nagle się wyłącza.
W końcu wyłączy się tak, że go już nie włączę.

W sumie i tak nie mam już pomysłów na blogowe notki.
Być może awaria mojego komputera połączy się z zakończeniem mojego pisarstwa. Zobaczymy…

O samotności

1 komentarz

Znalazłam na portalu gazety wyborczej kilka moich ulubionych felietonów Wojtka Eichelbergera. Do niedawna człowiek ten był jednym z największych autorytetów mego życia. Teraz tak już nie jest, niemniej jednak polecam poniższy tekst.

„Samotność. Chwila, wyrok, wybór.”

Umieć być samemu, znaczy stać się kimś emocjonalnie niezależnym, kimś, kto wie, co w związkach z dorosłymi ludźmi jest możliwe, a co nie.

Jest taka mądra rada, dotycząca samotności: zanim zdecydujesz się być z kimś – naucz się być sam. Umieć być samemu, znaczy stać się kimś emocjonalnie niezależnym, kimś, kto wie, co w związkach z dorosłymi ludźmi jest możliwe, a co nie. Tego rzadko uczymy się przed szkodą. Na ogół lekcje pobieramy wtedy, gdy już się z kimś związaliśmy, co przypomina naukę jazdy samochodem na torze wyścigowym, w dodatku bez instruktora.

Chwila.
Umiejętność twórczego przeżywania samotności jest powszechnie uważana za rzecz cenną, za coś, w czym warto się ćwiczyć. Ale sami rzadko decydujemy się na takie ćwiczenia. Chyba, że mamy już wszystkiego dosyć i musimy dzień, dwa odpocząć. Boimy się samotności, bo stawia nas twarzą w twarz ze sobą. Bez ulubionych przebrań i grymasów. W dodatku pozbawia nas cudownej możliwości nieustannego krytykowania, poprawiania lub uwielbiania innych. Zdani na siebie przyglądamy się śladom, jakie życie, które wiedziemy, pozostawiło w naszej duszy i na naszych własnych obliczach. Na ogół nie jest to widok budujący. Na szczęście, gdy los sprawi, że jesteśmy chwilę sami, mamy stosy gazet do przeczytania. A jeśli tego zabraknie, to możemy bez końca śnić nasze ulubione sny na jawie.

W gruncie rzeczy wiemy, że jeśli nie zatrzymamy się, choćby na chwilę, po to, aby uważnie spojrzeć w lustro, to trudno nam będzie określić naszą aktualną pozycję na oceanie życia i wytyczyć sensowny kurs na dalszą drogę. Mimo to unikamy samotności i ciszy jak ognia.

Samotność dobrze znoszą ci, którzy znają siebie i doświadczają, choćby niewielkiej, satysfakcji z tego, jak toczy się ich życie. Oczywiście ci, którzy gorzej znoszą samotność, w istocie bardziej jej potrzebują. Samotność dla nikogo nie powinna być zbyt łatwa. Nie jesteśmy do niej stworzeni. Dlatego gdy wybieramy ją chętnie, to może znaczyć, że uciekamy przed trudem życia wśród ludzi.

Wyrok.
To samotność na długo. Z reguły pogardzana przez tych, których jest udziałem. W najlepszym wypadku budzi współczucie, częściej podejrzenia i niechęć, nigdy szacunek. Szczególnie, gdy dotyczy kobiet. Dlatego jeszcze trudniej na taką nie wybraną samotność się zgodzić i odczuć jej dobre strony. Szamoczemy się w niej jak niewinnie skazany w więzieniu. Może nas tylko uratować wiara, że nic w naszym życiu nie zdarza się bez przyczyny, że nasza samotność jest lekcją do odrobienia, doświadczeniem, które z jakichś tajemniczych powodów jest nam potrzebne, aby ruszyć dalej.

Więźniowi, nawet temu niewinnie skazanemu, pozwoli przetrwać w więzieniu tylko zgoda na to, że więzienie jest teraz jego życiem. Naszych losów nie możemy swobodnie wybierać jak potraw z karty dań. Czasami stoi przed nami danie, które bynajmniej nie budzi naszego entuzjazmu, ale żeby przeżyć, musimy z tego, co dają, wyciągnąć wszystko, co najlepsze i nawet nie myśleć o deserze w nagrodę. Wtedy lekcja zostaje odrobiona.

Wybór.
Tę łatwiej znieść. Tak jak łatwiej znieść leczniczą głodówkę niż prawdziwy głód. Choć sama decyzja o samotnym życiu może być trudna, szczególnie dla kobiet, bo nasza patriarchalna cywilizacja pozbawiła je atrybutów niezależności – z nazwiskiem włącznie, które jest przecież nazwiskiem ojca albo męża. Jeszcze sto pięćdziesiąt lat temu ojciec był właścicielem córki, a mąż właścicielem żony. Do dzisiaj tożsamość kobiety określa się poprzez związek, w jakim pozostaje z mężczyzną. Kobieta może być: albo córką ojca, albo żoną męża, albo rozwiedzioną z mężem, albo wdową po mężu. Nawet bycie samotną matką jest tożsamością nabytą dzięki dziecku i oczywiście jego ojcu. Podobnie dziewictwo wpisane jest w kontekst braku seksualnych doświadczeń z mężczyzną (czy można utracić dziewictwo z kobietą?).

Dlatego świadomie wybrana samotność w wypadku kobiety jest decyzją odważną, wręcz brawurową i zasługującą na najwyższy szacunek. Decyzją mogącą przynieść szczególną satysfakcję. Na dowód przytoczę komentarz pewnej kobiety, która w wieku trzydziestu lat po kilkunastu latach użerania się z mężczyznami podjęła decyzję o celibacie: „Jaka to ulga móc nie należeć do żadnego mężczyzny i nie musieć myśleć więcej ani o tym, jak go zadowolić, ani o tym, jak go wykorzystać, ani o tym, jak go zatrzymać, ani o tym, jak go się pozbyć.

Krótki list

1 komentarz

Mogłabym pewnie wysłać ten list do redakcji ‚Zwierciadła’, albo na adres Ośrodka Psychologicznego, albo na adres prywatny. Ale jakoś mi na tym nie zależy. Podejrzewam, że adresat w ostanim czasie dostał tysiące podobnych listów. Zatem mój trafia na bloga.

List do Wojciecha Eichelbergera
No cóż panie Wojtku, po tym jak ruszyła lawina sensacji związanych ze sprawą Andrzeja Samsona i po tym jak w pierwszym momencie to jemu chcieliście pomóc, a nie jego ofiarom, od razu pomyślałam ‘oto Polska właśnie’. Bo w tym naszym popieprzonym kraju jest od zawsze tak, że pomaga i chroni się sprawców, a ofiary to same muszą zadbać o siebie. Spotkałam się z tym na policji, w sądach, w szkołach, ale nigdy nie myślałam, że i Pan się na to złapie. Bardzo w Pana wierzyłam, w to, co Pan mówił i pisał. Moim marzeniem było spotkać Pana osobiście, zorganizować w mojej ówczesnej szkole spotkanie z Panem promujące Pana książki. Zdecydowanie nazywałam Pana moim Nauczycielem, Mistrzem, mimo że nigdy nie mieliśmy ze sobą bezpośredniego kontaktu. Znam osoby, które były u Pana w terapii, które były Pana uczennicami, które przyjaźnią się z Pana żoną. Czytałam i ‘podawałam dalej’ felietony ze ‘Zwierciadła’, z ‘Wysokich Obcasów’. Pana książki były moimi prezentami dla przyjaciół. No i oczywiście silne przeniesienie: ‘takiego ojca to bardzo chciałabym mieć’.
Autorytet legł w gruzach. Do tego stopnia, że odechciało mi się studiować psychologię, o której całe życie marzyłam. Mam żal do Pana i znam przynajmniej dwie osoby, które czują podobnie. Trochę Pan oszukiwał, prawda?
Przyszedł czas na żałobę, na rozstanie z Panem jako kimś dla mnie wielkim.
To nie znaczy, że Pana potępiam, że nie zachowam dla siebie tych wszystkich pięknych i ważnych nauk, jakie Pan głosi. Ale czy z taką samą silną wiarą i radością kupię Pana następną książkę? Nie wiem.
Są takie pańskie artykuły, felietony, książki, którym Pański romans ze stażystką, czy obrona Andrzeja Samsona, nie zaszkodził. Więc nimi nadal będę się dzieliła. Dla mnie mają ogromną mądrość.
Pozdrawiam Panie Wojtku, i proszę już więcej nie oszukiwać, albo nie mówić tyle o uczciwości.


  • RSS