u-filipinki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2006

Jeśli się szuka mieszkania, w którym zamierza się żyć wiele, wiele lat to stawia się jakieś priorytety określające, co to ma być. Jak się mieszkało w dzieciństwie na parterze i np. przeżyło trzy włamania przez okno albo balkon, to się parteru nie chce. Jak się mieszkało wysoko, a winda się psuła, albo jej nie było, to się tej wysokości też ma dosyć. Jak się mieszkało w kamienicy z podwórkiem studnią, w betonach bez jednego źdźbła trawy, to się marzy o jakiejś zielonej przestrzeni, choćby parczku małym za blokiem.
Kuba opowiedział mi, według jakich priorytetów on szukał mieszkania, opowiedział też o preferencjach Janka.
Ja wykonując telefony do agencji rzucałam tylko jedno hasło: cena. Miało kosztować tyle na ile Pan Artur oszacował mi zdolność kredytową. A w głębokich pragnieniach marzyła mi się oddzielna kuchnia, bo nie lubię aneksów.
Marzenie się spełniło, kuchnia oddzielna z bonusem ogromnym w postaci okna!

A w koło bloku tyle zieleni.
I boisko, po którym codziennie ganiają dzieciaki, co przywraca mi wiarę, że nie wszystka młodzież przepadła przez telewizorem, komputerem, lub obmyślaniem skąd ukraść kasę na dragi.
I magiel mam nieopodal.
I przedszkole, do którego od września pójdzie jedna z moich podopiecznych.
I Biedronkę i Żabkę i Lidla i Geanta kilka przystanków tramwajem.

I tylko jakoś strasznie dużo pijaków dookoła. Nie wiem czy to charakterystyczne dla Grochowa, czy tak jest wszędzie, tylko ja dotąd tego nie zaobserwowałam?

I kościół odnalazłam, do którego chadzam na niedzielne msze. Nie do końca jestem pewna czy to moja parafia. Ksiądz, który przyjdzie na kolędę gotowy mnie skrzyczeć, że nie pilnuję swojego rejonu, ale co tam. W tym kościele najbardziej chyba urzekło mnie to, że posiada… własną stronę internetową! Zawsze mogę sobie podejrzeć, na którą godzinę jest nabożeństwo.

Poniżej przedstawiam plan mojego mieszkania. Ta wnęka, istotnie jest wnęką, a nie pokojem, jak to ktoś zapytał z komentarzach. Oczywiście mogłaby być idealnym pokoikiem dla Krecików, ale ja muszę gdzieś trzymać swoje ciuchy:-)



przynieś mi bukiet pachnących bzów…
proszę…

To ciąg dalszy fotek zrobionych przez Krzysia w KS STUDIO, w Krakowie na ul. J. Lea 16 B.

Kupując mieszkanie po drugiej stronie Wisły, martwił mnie od samego początku fakt, co zrobię, gdy rzeka wyleje, bądź zostaną zniszczone wszystkie mosty – jak ja dojadę do pracy?
Nie trzeba było powodzi, katastrofy niszczącej mosty – wystarczył przyjazd Ojca Świętego do stolicy:-)

Wyszłam wczoraj z pracy o 17stej, udając się do Galerii Wzornictwa nieopodal biurowca, w celu zakupienia regału pod sam sufit. Na książki oczywiście. No i jak już go kupiłam i ugadałam się, kiedy go odbiorę, to wyszłam ze sklepu idąc na przystanek tramwajowy. Niestety, nastała właśnie ta godzina, kiedy ruch w alejach został wstrzymany. Więc potupałam do domu piechotą. Szłam tak i szłam w kierunku ronda z palmą, aż do miejsca gdzie dalej iść już się nie dało, szpaler ludzi ustawionych wzdłuż ulicy – trasy przejazdu papieża, stał pilnowany przez policjantów. Poczekałam kilka minut aż przejechało kilkanaście samochodów, a w jednym z nich Benedykt XVI. Niewidoczny.

Na moście Poniatowskiego wsiadłam w autobus. Pomyliłam Gocław z Grochowem i miałam wycieczkę po Saskiej Kępie dojechałam na Gocław, przesiadłam się w autobus na Olszynkę Grochowską. Saska przypomina mi gdańską Zaspę, bloki, bloki, bloki. Cieszę się, że tam nie mieszkam. W ogóle cieszę się, że nie mieszkam w wieżowcu.

Dzisiaj wyszłam z domu kilka minut po ósmej. Wsiadłam w tramwaj, który na rondzie Waszyngtona skręcił sobie i już dalej nie jechał. Deszcz lał okrutnie a ludzie maszerowali środkiem zablokowanej dla samochodów ulicy. Dochodziłam właśnie do ronda z palmą, gdy podobnie jak wczoraj przejeżdżał kordon aut papieskich. I sam Benedykt, tym razem widoczny bo w Papamobile.

Taki zbieg okoliczności.
A może wcale nie?
Może w tym moim obecnym, zapracowanym życiu, bez dostępu do telewizyjnych relacji z pielgrzymki, też miałam, choć przez te kilka minut, stać się uczestnikiem wielkiego wydarzenia. TEN na górze o to zadbał.

Obłudni są Polacy okrutnie, tacy dwulicowi, niecierpliwi, fałszywi.
Szłam i słyszałam to wkurwienie w głosach ludzi, że ulice zablokowane, że do domu nie ma jak dojechać po ciężkim dniu pracy, że na spotkania się spóźniają.
A zaledwie rok temu Polska płakała w żałobie, bo zmarł Papież. Obecnego by znienawidzili ze złości, że tak im pokrzyżował plany. Ech… szkoda słów…

Ale swoją drogą przydałaby się jakaś lepsza informacja o tym, że trasy środków komunikacji miejskiej będą zmienione. I żeby to nie były spontaniczne zmiany kierowców, którym policjanci machają, że tędy jest zakaz, tylko, żeby ktoś to wszystko jakoś logistycznie zaplanował i przekazał tej szarej masie, co do pracy każdego dnia zmierza – a w niej ja.

I jeszcze raz napiszę tutaj, to fantastyczne, że Papież przemawia o polsku.
Mnie to bardzo wzrusza. Chwała mu za to!

Tego wieczora, gdy został ogłoszony następcą św. Piotra byłam w Passau, w Bawarii, w rejonie, z którego pochodzi.

Przede mną stary kalendarz, z czasów liceum. Taki, w którym zapisywałam kiedy mam sprawdzian, na kiedy trzeba nauczyć się wiersza, kiedy byłam na wagarach.
Na ostatniej stronie spis osób, z którymi chodziłam do jednej klasy. Obok nazwisk, numery telefonów stacjonarnych, bo wtedy nikomu nie śniło się nawet o komórkach.

Komputer też mieli nieliczni a szaleństwo Internetu i posiadania konta mailowego zaczęło się dla nas chyba po roku 1996.

Dzisiaj telefon komórkowy, komputer i Internet pomaga mi skoordynować organizację spotkania naszej licealnej klasy z okazji 10lecia matury.

Zadzwoniłam pod kilka numerów rodzinnych domów koleżanek i kolegów. W większości przypadków nadal mieszkają tam rodzice. Zapisuję nowe kontakty, nowe nazwiska dziewczyn, które założyły już rodziny.

Na skrzynkę mailową schodzą namiary do kolejnych osób. Ten widuje tamgo, ta spotyka tamtą, ten wygrał aukcję na allego i się okazało, że sprzedawcą był tamten.

Wychowawca również poinformowany.

Planowany termin spotkania to 10ty lub 17sty czerwca, popołudniem, gdzieś w okolicach Gdyńskiego Bulwaru.

Już się nie mogę doczekać.

Szymon napisał: „Ty już na zawsze zostaniesz gospodarzem naszej klasy.”
Fakt. Kochałam tą funkcję przez cztery lata liceum, a teraz organizowanie jubileuszowego spotkania, sprawia mi równie ogromną radość.

Czy uda się poinformować wszystkich, czy każdy będzie zainteresowany uczestnictwem w zjeździe? To pewnie okaże się dopiero w czerwcową sobotę.
Na dzisiaj z listy 28 osób, 19 potwierdziło swoje przybycie, więc już zapowiada się liczne, sentymentalne spotkanie.

W czwartek zakończyłam remont mojego mieszkania.
Jeszcze wiele trzeba w nim zrobić, ale już nie mam za co.
Majster od ekipy remontowej, przemiły człowiek, powiedział, że brakujące 700 zł oddam jak będę miała (hihi skąd ja ten tekst znam?), natenczas zapłaciłam mu 4000zł.
Namawiał mnie na odnowienie pokoju, ale ja naprawdę źle się czuję z długami. Gdybym miała jeszcze 2000zł oszczędności, fachowcy polecieliby za ciosem i dzisiaj miałabym ładny pokoik, obecnie nadal straszący boazerią.

Dzisiaj kupuję pralkę łirpólkę.
Nie znalazłam sponsora, nie spadła mi z nieba walizka pieniędzy, zatem kupuję na raty. Jeśli się uda to jutro zrobię pierwsze pranie i praktycznie w środę powinnam wziąć urlop na cały dzień, żeby tylko prać, prać, prać bo tyle brudów mi się uzbierało.

W tej obrzydliwej pokojowej wnęce chciałabym mieć szafę.
Z drzwiami otwieranymi na pokój.
O taką:



W kuchni trzeba jeszcze pomalować górne szafki, zmienić lampę na plafon, porobić dodatkowe półki. Strasznie brakuje mi szuflady, muszę się przyzwyczaić, że sztućce będę trzymać jakoś inaczej niż tradycyjnie.
W czwartek jak rozkładałam moje wszystkie graty w tym trzymetrowym pomieszczeniu to ogłosiłam pierwszy alarm, że mam za małą kuchnię!!!
Część rzeczy muszę trzymać na strychu.
Dostałam ekspres do kawy, słaby ze mnie kawosz, no ale jakby jakiś gość miał ochotę to zawsze mogę przyrządzić:-)

Całe moje eM jeden ma 23 m² , a strych, który mieści się bezpośrednio nad nim ma 22.90 m². Ten strych jest naprawdę fantastyczny, taki mój drugi dom, aktualnie jest na nim więcej moich rzeczy niż w mieszkaniu:-)

Stworzyłam listę tego czego brakuje mi w nowym lokum.
Gdyby ktoś z Was chciał mi coś z tej listy ofiarować, tak jak Pani Irenka sokowirówkę, to ja bardzo chętnie:-)

Chciałabym mieć:
- dużą latarkę do piwnicy, bo tam nie mam światła
- otwieracz do konserw
- tarkę do jarzyn
- stolnicę i wałek do robienia faworków
- maszynę do waty cukrowej, stałaby na strychu, a jakbym miała ochotę na watę to tylko kilka schodków, fajnie prawda?
- balkon, do pelargonii chociażby
- naczynie żaroodporne, ale dokładnie takie samo jak miałam w Salzburgu, tak wygodnie robiło się w nim lazanię
Tyle na razie, lista będzie oczywiście ewaluować.

Kupno mieszkania to proces bardzo wyczerpujący. Potem przeprowadzka pochłaniająca równie wiele mojej energii.
Potem remont, rzecz okrutna w sensie finansowym i bałaganiarskim.
Ale wszystko to prowadzi do ogromnej radości i szczęścia. Naprawdę!

Ależ mam podły dzień.
Rano spóźniłam się do pracy, bo czekałam na gościa od piecyka gazowego. Umówiony był na 9tą, żeby podłączyć mi junkersa i podstemplować gwarancję. No i się nie doczekałam. Pan o mnie zapomniał. Gdy zadzwoniłam, zaproponował termin w przyszłym tygodniu. To ile ja mam jeszcze nie mieć tej ciepłej wody???
Mam nadzieję, że wyznaczony przez niego zastępca przyjedzie na umówiony popołudniowy termin i że zamontowany przez niego piecyk nie wybuchnie lub nie zaczadzę się tlenkiem węgla.

Zastanawiam się kiedy ja mam wziąć jakiś dłuższy urlop i czy w ogóle jest to realne? Prawie za każdym razem, gdy wychodzę z biura wcześniej lub informuję, że dotrę do niego później, dzwoni mój telefon wiadomo czemu:-(
Pierwszy raz w swojej karierze zawodowej zajmuję takie stanowisko, które niby tak łatwo zastąpić, bo przecież nie robię jakiś specjalistycznych, trudnych rzeczy, ale z drugiej strony… no właśnie… dzwonią…
Stresuję się okrutnie.

Znowu dał o sobie znać mój kompleks braku wyższego wykształcenia.
Koleżanka składa papiery na podyplomówkę do szkoły moich marzeń.
A ja stanęłam przed wyborem: kupić mieszkanie lub zapłacić za czesne i co drugi łikend spędzać czas na uczelni, żeby za jakieś 5 lat napisać pracę magisterską i ją obronić.
Mam swój dom.
Magistra przed nazwiskiem pewnie już mieć nie będę.
Ech…

Urodziny na dachu? Dostałam zaproszenie. Pójdę choć na chwilkę:-)

Mam wszystkie trzy. Komplecik. Jedna z Gdyni, druga z Krakowa, trzecia z Allegro. Będą stanowić ozdobę mojej kuchni.
W tle – nadal nie umyte okno.
Jest nadzieja, że umyję je jutro.



Oczywiście, że się zrobiło tu nudno.
Albo piszę o mieszkaniu, albo nie piszę wcale:-)

A tyle fantastycznych rzeczy się dzieje, które warto notować.
W teatrze byłam.
Otrzymałam nowe obowiązki w fabryce.
Udało mi się zabrać wszystkie graty z Nowogrodzkiej jednego dnia.
Dostałam butelkę po mleku.

Bardzo pracowity czas nastał w moim życiu. A jak nie pracuję to prawie pewne jest, że śpię. Bo ja przecież kocham spać, szczególnie wieczorem, a nie rano, dlatego nie choruję, mam taką wspaniałą cerę i podobno dobrą krew. Bo krew odbudowuje się podczas wieczornego snu – tak twierdzi pewien lekarz medycyny wschodu.

Telewizorka nie mam, Pan Sknerus polecił mi w zamian super gazetę, ale za to dotarła już do mnie sokowirówka, lampa, patelnia pewnie niebawem.
Martwi mnie tylko okrutnie brak pralki i brak na nią środków.
Kurcze, ja już mam wszystkie rzeczy brudne! Marzę o wielkim praniu i rozwieszaniu mokrych ciuchów na strychu!!!

O rany!

1 komentarz

W związku z prośbami o udostępnienie zdjęć z mojego domku (ależ mam ciekawskich czytelników), zamieściłam kilka w filipinkowej galerii na
http://www.filipinka.witrynka.pl/galeria/

Dzisiaj przebiegał drugi dzień remontu i już czuję, że mam tej przygody dosyć:-)
Wszystko zburzone, nie mam wody, nie mam gazu, a dookoła tona pyłu. Według zapowiedzi tak będzie do końca przyszłego tygodnia.
Oranyyyyy

Najtrudniejsza sprawa przede mną – wybór kachelków. Wczoraj zrobiłam pierwszy rekonesans z lerułamerlę i uciekłam stamtąd przerażona rozmaitością. Skąd ja mam wiedzieć, które mi się najbardziej podobają i które chciałabym mieć w swojej łazience??? Naprawdę nie wiem, jakie wybrać i wygląda na to, że kupię takie totalnie białe i zrobię łazienkę ala sklep mięsny.
Oranyyyyy

Napisałam na blogu prośbę o sokowirówkę i wyobraźcie sobie jedna z moich wiernych czytelniczek na nią odpowiedziała. Będę mogła piec pyszne ciasto marchewkowe:-) Jeszcze raz ślicznie dziękuję Pani Irence!

Czas na kolejną prośbę, może odpowie na nią pewien wierny czytelnik, co niejako ma bardzo dużo telewizorów.
Bo ja to telewizji nie oglądam, no, ale gdybym miała to, kto wie?
Nie dalej jak w środę zupełnie przypadkiem włączyłam tvn7 gdzie właśnie zaczynał się pierwszy odcinek ALFA. Tak mi się nagle przypomniało moje dzieciństwo, czasy, kiedy oglądałam każdy odcinek tego serialu, gdy znałam każdy fakt z życia tego rudego przybysza z kosmosu, gdy moim największym marzeniem było pragnienie, żeby mieć takiego właśnie przyjaciela. Wzruszyłam się do łez. Siedziałam przed tiwi i płakałam na ALFIE, trochę ze śmiechu a trochę z sentymentu jakiegoś.
To co, dostanę malutki telewizorek?:-)

Indyk myślał o niedzieli, a w sobotę łeb mu ścieli.
Indyk nie był taki głupi w poniedziałek łeb se kupił.

W grudniu wyprowadziłam się z Nowogrodzkiej, myśląc, że po trzech miesiącach będę mogła tam wrócić. W lutym okazało się, że tak się nie stanie.
W kwietniu kupiłam mieszkanie.

Występują:
Andrzej, Grażyna, Kuba, Janek, Zuzia, Piotr, Piotrek, Krzysiu jeden, Krzysiu drugi, Radek, Asia, Przemek, Maciek, Ania, Bartek, Łukasz, Grzesiu, Odeta, Michał, Pan Artur.

Listopad, luźna gadka z Krzysiem o jego kredycie mieszkaniowym.

Grudzień, Boże Narodzenie, pierwsza poważna rozmowa przy świątecznym stole o ewentualnym zakupie mieszkania. Miniwykład o opłacalności tego przedsięwzięcia. O tym, że nieruchomości drożeją, o tym, że nie wiadomo jak długo banki będą przyznawać kredyty hipoteczne w przypadkach takich jak mój (zero wkładu własnego, niewielki staż pracy, niewysokie wynagrodzenie miesięczne), o tym, że swoje mieszkanie naprawdę warto mieć.

Styczeń, wprowadzam się na Franciszkańską do ślicznej kawalerki, za którą płacę czynsz 800PLN, połowę swojego miesięcznego wynagrodzenia.
Kuba podaje mi numer telefonu do Pana Artura, genialnego, jak się potem okazuje, doradcy kredytowego.
Dzwonię i pytam czy mam jakąkolwiek szansę na kredyt. Pan Artur oblicza moją zdolność kredytową, szuka banków, do których mogłabym złożyć wniosek.
Klikam na portale internetowe z nieruchomościami, histeryzując jednocześnie, że nie wiem jak się zabrać za oglądanie wybranych mieszkań.
Telefon od Pana Artura, że mam szanse na kredyt około 100tys, ale on tego zagwarantować nie może i że to naprawę różnie bywa z tymi bankami.
Więc znowu histeryzuję i jojczę, że nic nie znajdę w tej kwocie, albo, że znajdę, ale cztery dni drogi od pracy mojej fajnej.

Luty, sobota osiemnasty dzień kolejnego miesiąca, w którym płacę 800PLN czynszu. Kupuję na stacji Warszawa Śródmieście bilet na WKD za 4.50PLN. Zdeterminowana jadę oglądać pierwsze mieszkanie. Choćby w Pruszkowie! Skoro nie stać mnie na własny kąt w stolicy.
Mieszkanie obrzydliwe, co nawet szczerze podkreśla agentka. Poza tym sto kilometrów od stacji WKD, zabiły mnie dojazdy do pracy. Ale cena fajniusia, jakieś 83tysiące.
21 lutego wychodzę na chwilkę z pracy by obejrzeć kolejne mieszkanie. Lokalizacja cudowna, bo na ul. Popiełuszki, ale nic poza nią. Mieszkanie 16 metrów kwadratowych za 125tys!!! Pokój wielkości pudełka od zapałek, bez kuchni, więc gdzie niby miałabym gotować i piec???
23 lutego po pracy jadę na Bielany. Agent pokazuje mi mieszkanie, które pewnie kupiłabym, gdyby właściciel jego wyprowadził się od razu po podpisaniu aktu notarialnego. Ale on nie chciał tak, on chciał jeszcze, co najmniej dwa miesiące pomieszkać, zanim kupi sobie działkę, pod budowę domu. Taaaaa a potem jeszcze dwa lata może by chciał mieszkać, zanim ten dom sobie wybuduje? Do widzenia!
Tego samego dnia oglądam jeszcze dwa mieszkania. Oba na Pradze.
Jedno z nich pragnę obejrzeć z Kubą, by pomógł mi podjąć decyzję.
Kuba na nartach w Italii, ale przekazuje info Jankowi.
25 lutego wchodzę po raz drugi do lokalu numer 37 z Jankiem i dużym kalkulatorem. Kolega mój okazuje się wspaniałym negocjatorem. Walczy zaciekle a ja wyobrażam sobie, że zaraz właścicielka pogoni nas szmatą, za to, że tak się targujemy. Ale oczywiście nic takiego nie ma miejsca. Pasuję na 105tys, ona zadowolona, ja też.
28 lutego o godzinie 15stej podpisuję umowę przedwstępną i przekazuję zbywczyni 5tys jako zadatek.
1 marca spotykam się po raz pierwszy z Panem Arturem, z którym przez telefon rozmawiałam już sto razy. Wypisujemy wniosek o kredyt, kompletujemy dokumenty, otrzymuję symulację ofert dwóch banków.
2 marca płacę kolejny czynsz w wys. 800PLN
7 marca telefon z informacją od Pana Artura, że jeden z banków wycenił mieszkanie na 98tys i na tyle mogą dać kredyt. Oczywiście, że wpadam w histerię. Płaczę tak mocno, że zalewam sasiadów. Ech… pytam szefa czy firma udzieli mi pożyczki na brakujące 7tys. Szef mówi ‘spoko’. I jeszcze kilka innych osób też chce mi pomóc. Bardzo łatwo pożycza się kasę, ale jak ją potem oddać??? Nie chcę pożyczać od szesnastu osób a potem nie wiedzieć jak i z czego spłacać długi. Pan Artur radzi czekać na odpowiedź z drugiego banku. Odpowiedź przychodzi następnego dnia: DOSTANĘ KREDYT NA CAŁĄ KWOTĘ!
13 marca podpisuję 13sto stronicową umowę kredytową.
24 marca otrzymuję akt notarialny.
31 marca sprzedająca przekazuje mi klucze.
Sobota – najlepszy według przesądu, razem ze środą, dzień na zasiedlenie – 1 kwietnia przeprowadzam się do swojego mieszkania, płacąc za czynsz 240PLN:-)

Osoby wymienione na początku tej opowieści to ludzie, którym wdzięczna jestem za wsparcie, rady, nieustające pocieszanie i uspakajanie, za trzymanie kciuków, za modlitwy, za wiarę w to, że mi się uda.
Ódało się! Również dzięki Wam!
WIELGACHNE DZIĘKI!!!


  • RSS