u-filipinki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2006

Deszczowo

Brak komentarzy

Kończy się sierpień zaczyna listopad.
Tak to w tym naszym dziwnym kraju czasem bywa.

Pobiegłam z przesyłką na pociąg, żeby jak najszybciej znalazła się w Krakowie.
I zgubiłam parasol.
Jakiś bezdomny może skorzysta, bo zostawiłam go na peronie, na ławce.
Załatwiając potem inne sprawy na mieście, lało coraz mocniej, a ja mokłam okrutnie.

Teraz też pada deszcz. Za oknem mojego mieszkania.

Po pracy poszłam do Ewy. Zrobiła mi masaż SHIATSU. Bardzo tego potrzebowałam. Gdy od niej wyszłam, to miałam nieodparte wrażenie, że czegoś zapomniałam, że chyba miałam ze sobą jakiś ciężki plecak, ale on gdzieś został.
Szłam Marszałkowską, czułam się niezwykle lekko, tak jakby ktoś mnie niósł, jakbym pozbyła się ogromnie ciężkiego bagażu. Pozytywne uczucie. Ciepły dotyk.

Zadzwonił pan od remontu. Zaczną 18 września dopiero, potrzebują minimum 5 dni. A ja 22giego wychodzę ze szpitala i (że tak powiem) nie bardzo mam się gdzie podziać. Kurcze… nie tak miało być… po zabiegu mogę się tak różnie czuć, nie chciałabym nocować u znajomych. No nic… i to przetrzymam…

Serdecznie dziękuję za miłe słowa w temacie mojego pisania, tym wszystkim, którzy mailowo, bądź przez gg zwrócili się z prośbą o hasło. Oczywiście jak tylko takowo się pojawi, zostanie Wam przesłane.

pierwszy raz w życiu zapłaciłam za to

Hasło

1 komentarz

Drodzy Czytelnicy!
Jeśli jest wśród Was ktoś, kto chciałby kontynuować czytanie moich zapisków, proszę niech wyśle prośbę o hasło dostępu. Im szybciej tym lepiej, bo być może, już niebawem, blog stanie się widoczny tylko dla posiadaczy magicznego kluczyka.

filipinka77MAŁPAwp.pl
gg: 967344

Ja wiem, że nie powinnam tak mówić.
Ja wiem, że to brzydko, bez szacunku.
No, ale się czasem naprawdę powstrzymać nie mogę.
Nigdy nie powiedziałam na moich rodziców ‘starzy’, nigdy też nie używałam formy ‘wapniaki’ czy tym podobnych.
Ale bywa niekiedy tak, że osoby w bardzo podeszłym wieku nazywam ‘grzybami’.

Zaczęło się w liceum.
Tym na gdyńskim Witominie.
Gdynianie wiedzą, że z Witomina można dostać się do centrum miasta dwoma ulicami ciągnącymi się przez las. Jedna to Kielecka, prowadząca do stacji SKM Wzgórze św. Maksymiliana, a druga to Witomińska, biegnąca obok jednego z największych polskich cmentarzy.
Grupa młodzieży (ja pośród niej) czekająca na przystanku, zareagowała na nadjeżdżający autobus tymi słowami: ‘nie wsiadamy, to autobus dla grzybów’. Wiadome było, że jechał on obok cmentarza i 90% jego pasażerów to starsze babcie z grabiami, wiaderkami, szmatami, zniczami, kwitami, jadące sprzątać groby zmarłych mężów.
Potem była szkoła pracowników socjalnych i zajęcia na jednym semestrze dotyczące gerontologii, czyli nauki o starości. Więc jak padało pytanie na przerwie: ‘co teraz mamy’ to odpowiedź była jedna: ‘z grzybiarzem’. Czyli z panem, który zapoznawał nas z nauką o ludziach starych, o chorobach wieku starczego itp.

Teraz podobnych okazji już nie miewam. Ale takie myśli przychodzą, zwłaszcza, gdy widzę starszych ludzi, co to podobno już tacy zmęczeni życiem, tacy wyczerpani, schorowani, niedołężni, a jak trzeba wsiąść do tramwaju czy autobusu, to są gotowi stratować wszystkich oczekujących na przystanku, byle tylko WŁADOWAĆ się do środka i zając miejsce siedzące. I ja sobie wtedy myślę, kurcze, ile w nich ogromnej siły, nie jednego zdrowego, młodego, mocnego człowieka mogliby energicznie i agresywnie odepchnąć, który chcący-niechcący zatamowałby im przejście.
Skąd w tych ‘grzybach’ tyle siły?

Łosoś
Dawno temu pisałam tu o moim uwielbieniu smakowym tej ryby.
Żebym nie wiem w jak ważnym, dostojnym towarzystwie się znalazła, na przyjęciu, balu, bankiecie, gdzie na stole wśród potraw znajdzie się wędzony łosoś, jestem gotowa narobić ogromnej siary, wprost rzucając się na tą przekąskę. Zero pohamowania i ogłady. Nic nie powstrzyma mojego podniebienia rządnego tego smaku. Rozkosz.
Ale gdy jestem na zakupach spożywczych omijam lodówki z łososiem. Z prostej przyczyny, w głowie mam zakodowane, że to bardzo droga ryba. 100 g za 5-7 PLN. A co to jest 100 g? Żeby mnie zaspokoić potrzebne jest przynajmniej pół kilograma:-)

Podróże samolotem
Ja wiem, że odpowiednio wcześniej zarezerwowany i opłacony bilet na samolot, będzie nieporównywalnie tańszy od tego na pociąg czy autokar. Ale w moim przekonaniu to jednak ogromny luksus. Dla mnie samolot to nadal górna, nieosiągalna półka. Leciałam tylko raz (w sumie 4), ale nie ja sobie sprawiłam bilety. Fascynujące przeżycie i bardzo mi się marzy móc je powtórzyć.
Zawsze troszkę zazdroszczę, gdy słyszę, że ktoś szykuje się do podróży akurat tym środkiem transportu.

Zakupy w Sephorze
Podobnie z kupowaniem jakichkolwiek kosmetyków w Sephorze. Czasami stojąca obok w tramwaju kobieta, trzyma siateczkę z tego właśnie sklepu, a w niej jakiś krem, perfum, cień do powiek. Oranyyyy, zawsze sobie wtedy myślę, że musi być zamożna. Odwiedziłam z brakulaku jedną Sephorę. Napiszę brutalnie: ojapierdolę! skąd są te ceny?! Uciekłam. Rossmann jest mi zdecydowanie bliższy. Przynajmniej mogę w nim podejść z jakimś produktem do kasy.

jak prawdziwy mężczyzna
schował się w swojej jaskini
ale wierzę, że z niej kiedyś wyjdzie

Czasowniki

Brak komentarzy

Odbieram (telefony)
Łączę (z odpowiednimi osobami)
Dzwonię
Faksuję
Przekazuję (przychodzące faksy adresatom)
Kseruję
Podaję (dokumenty do podpisu)
Składam wnioski w odpowiednich urzędach o wydanie różnych zaświadczeń (ZUS, Urząd Skarbowy, Krajowy Rejestr Karny, Bank)
Odbieram (te wnioski)
Uaktualniam (KRS)
Zadaję (pytania)
Zamawiam (np. taksówki, kuriera)
Zaopatruję (biuro)
Rezerwuję (np. bilety lotnicze)
Zanoszę (dokumenty do biura rachunkowego)
Troszkę księguję
Troszkę kadruję
Troszkę PiaRuję (rozsyłam notki prasowe do mediów, niektóre sama piszę)
Troszkę pomagam (przy szkoleniach)
Asystuję
Nadaję (przesyłki konduktorskie)
Odbieram też
Wypłacam (kasę z bankomatu)
Wypłacam (zaliczki)
Rozliczam (te zaliczki)
Sprzątam i zmywam
Piszę (maile)
Przekazuję (zgłoszenia do branżowych nagród)
Dbam (o dobre imię fabryki?)
Parzę (kawę, herbatę)
Prowadzę (dziennik korespondencji przychodzącej)
Czasem instaluję i konfiguruję (programy na komputerach, pocztę)
Wymieniam (toner w drukarkach)
Dopilnowuję (terminów)
Jestem odpowiedzialna (jeśli trzeba za RSVP)
Składam (dokumenty do przetargów)
Kwituję (odbiór)

Sobota

Brak komentarzy

Zleciał tydzień szybciorem. Jak każdy zresztą.
Bez jakiś specjalnych wydarzeń.
Za to dzisiaj…
W szkole dzisiaj byłam. Wyższej. Na pierwszym organizacyjnym spotkaniu.
Uczelnia posiada genialnie rozwiniętą platformę e-lerningową, mam wrażenie, że można studiować nie wychodząc z domu, trzeba mieć tylko komputer z dostępem do netu. Spotkanie na 10tą, wyszłam z domu na autobus o 9:17, już o 9:30 siedziałam przed aulą. Rewelacyjnie, że główny budynek, w którym na pierwszym roku będę miała wszystkie zajęcia znajduje się na Pradze.
Pozostało mi 10 dni do wpłacenia pierwszej raty czesnego (3640 PLN), a nie mam jak na razie złotówki. Naprawdę nie wiem jak to będzie, pierwszy raz nie panikuję, może znajdzie się jeszcze ktoś chętny do zasponsorowania mojej nauki. A jak nie to, coś wymyślę.
Kurcze, ta suma, którą wymieniłam jest ogromna, ale z drugiej strony, stety-niestety, obracam się między ludźmi, dla których ona jest pryszczem. Prawda jest taka, że są ludzie biedni, ale są też ludzie, których taka kwota nic a nic nie przeraża. To np. jedna ich wypłata, albo pół, albo prowizja od jakiegoś projektu. (a ja się szarpię)
Znam osoby, które cieszą się ze swoich zarobków, które twierdzą, że godnie/dużo zarabiają, że są spełnieni zawodowo. Więc nie wierzę w takie farmazony, że każdy chciałby mieć więcej kasy i na całym świecie nie ma takich, co twierdzą, że mają wystarczająco. Nie dalej jak miesiąc temu piłam kawę z jednym trenerem, który wprost oświadczył, że zarabia dużo i nie jest to tajemnicą, że pieniądze zawsze ma.
Też chciałabym być dobrym trenerem. Co może oznaczać, że chciałabym dobrze zarabiać, ale co przede wszystkim oznacza, że bardzo podoba mi się ten zawód.

pani wróżka powiedziała, że będzie spod znaku bliźniąt

Wtorek

Brak komentarzy

Dzisiaj w pracy było mi już zdecydowanie łatwiej, w porównaniu do wczorajszego dnia.
W dodatku wiceprezio skomplementował mnie tekstami o mojej prezencji. Powiedział, że wyładniałam, choć zawsze byłam niezłą dupencją, ale dzisiaj wyglądam jeszcze jakoś szczególniej. (Przepłakane oczy, garb trosk i zmartwień, chyba się nieźle maskuję.)

W skrzynce na listy znalazłam pisemko ze szkoły, że się zgadzają abym zapłaciła pierwszą ratę czesnego z opóźnieniem. Uffff. W najbliższą sobotę mam informacyjne spotkanie na uczelni. Jakieś szkolenie. Cudnie, że mam tą szkołę tak niedaleko domu. Piechotą będę mogła chodzić na zajęcia. (Kolejne moje szczęście?)

Dwa wypadki drogowe wczoraj widziałam. Takie z rozbitymi przodami samochodów, raczej bez ofiar, ale autka to chyba do kasacji. Dobrze, że nie mam prawa jazdy. Ja z moim poczuciem winy wielkości oceanu po zabiciu pająka, gdybym rozbiła czyjeś auto, chyba bym się z tego do końca życia nie podniosła.

Od ubiegłego czwartku z kranu w kuchni nie leję się woda, a sączy zaledwie niewielkim strumyczkiem. Ktoś mi zabrał ciśnienie! Przez to nie włącza się piecyk gazowy, no i nie mam ciepłej wody. W łazience wszystko gra, woda ciepła i zimna o silnym ciśnieniu. Pukałam w kuchenną baterię, zakręcałam i odkręcałam główny zawór wody w mieszkaniu i nic. W końcu zadzwoniłam przerażona, że może rura pękła i będą mi kuć nowe kafelki, do administracji, zgłosić ten fakt. Pani wysłuchała, przełączyła do działu technicznego, gdzie inna pani szybko zdiagnozowała awarię.
- „owszem, jest hydraulik, który może pani naprawić, ale to będzie kosztować.”
- „ile?”
- „nie wiem, to już pani sobie uzgodni z majstrem”
Nosz kurwa! Sama sobie przecież tego nie popsułam, czemu mam płacić, za coś, co nie stało się z mojej winy, a ewidentnie z winy ekipy, która wymieniała główny pion kanalizacyjny u sąsiadów. Zakręcili wodę w całej klatce, i wtedy coś stało się z moją wodą w kuchni.
Ech… przydałby mi się tutaj jakiś dobry przyjaciel, któremu nie straszne byłby moje problemy tego rodzaju…

Bank w umowie kredytowej zobowiązał mnie do założenia księgi wieczystej.
Zaraz po podpisaniu umowy pobiegłam z aktem notarialnym do sądu. Od tamtej pory czekam. Pisałam tu, że dostałam pismo z banku o obowiązku uiszczenia kolejnej składki ubezpieczenia kredytu, skoro książki nadal nie ma. Dzwoniłam kilka razy do sądu by się dowiedzieć, czemu ta baba (sędzina) przetrzymuje dokumenty. W końcu otrzymałam pismo. Ziemia zawirowała mi pod nogami, bo się wystraszyłam, że jednak jest niemożliwością założenie księgi, w związku z tym bank na pewno cofnie mi kredyt, w skutek, czego utracę moje małe eM.
„Sąd Rejonowy bla bla bla, wzywa wnioskodawcę do złożenia wypisu z rejestru gruntów dla działki, na której położony jest budynek, albowiem jest on podstawą oznaczenia własnościowego spółdzielczego prawa do lokalu w księdze wieczystej stosownie do art.26 bla bla bla”
Zarządzenie, jak się okazało po ocenie Marka, aplikanta sądu gospodarczego w Gdańsku, nie groźne, po prostu muszę postarać się o pewien dokument. Gdzie? W urzędzie dzielnicowym, w wydziale geodezji i katastru.
To wielce szanowny wysoki sąd nie mógł się sam zwrócić o taki papier? Tylko mnie ciągać po urzędach. Przecież ja muszę pracować. Żeby zarabiać. Żeby spłacać kredyt. Żeby założenie tej książki wieczystej miało jednak jakiś sens.
Ciekawam bardzo ile będzie musiało jeszcze upłynąć czasu od dostarczenia przeze mnie do sądu wyżej opisanego dokumentu, do otrzymania informacji o założeniu księgi wieczystej? 10 lat?!

A Marek to był niedawno moim gościem. Tak jak Gosia zanocował, by rano móc z Okęcia polecieć na irlandzki urlop.
To już trzeci gość w tym miesiącu, taki, który skorzystał z noclegu, na podłodze, ale pod dachem:-)

Zdarza się, że czasem ktoś wyrządza mi jakąś przykrość. Raz większą raz mniejszą. Reaguję zazwyczaj tak samo. Albo jestem bardzo zła, albo jest mi potwornie przykro i smutno. Dość szybko jednak potrafię wybaczać. Zwłaszcza, jeśli ktoś jest świadomy tego, co zrobił, jeśli za to przeprosi, wyjaśni, o co tak naprawdę chodziło.

Potrzebowałam roku by o wszystkim zapomnieć. Już kiedyś na ten temat pisałam. Minęło pół i wszystko nagle wróciło. Kurczę, muszę zacząć od nowa. Znowu trzeba odczekać rok… no nic, przeczekam i ten czas.

Poniedziałek

1 komentarz

Dziwny dzień w pracy.
Tak ciężko mi było skupić się na obowiązkach.
W głowie wciąż TE myśli.
Wykonałam priorytetowe zadania, te mniej ważne zostawiłam sobie na jutro.

Dostałam przesyłkę z Austrii.
Prezencik urodzinowy od Kordusia i kilkanaście zdjęć, które wzruszyły mnie do łez.
Tęsknie za Salzburgiem. Za Familią B.
Tyle wspomnień powróciło.

Wracając po pracy do domu, na klatce schodowej spotkałam sąsiadów z parteru. Starszą panią z ‘po prawo’ i starszego pana z ‘po lewo’. „Pani Marysiu, proszę powiedzieć jak się pani tu mieszka” – zapytał mnie starszy pan. Zatrzymałam się i odpowiedziałam. A potem jeszcze z kwadrans we trójkę rozmawialiśmy, o Warszawie, o Grochowie, o historii tych terenów. Kurcze, brakuje mi takich ‘dziadków’ tutaj.

Nie pisałam chyba dotąd, że zakwalifikowałam się na studia. Złożyłam już wszelkie potrzebne dokumenty, nie uiściłam tylko przedpłaty czesnego. Napisałam do komisji rekrutacyjnej usprawiedliwienie tego faktu. Mam nadzieję, że uznają, i że poczekają a pod koniec września odbiorę wymarzony indeks.
A za pięć lat przystąpię do obrony pracy magisterskiej, w której opiszę profile osobowości palantów zgromadzonych i zamkniętych (za karę) na moim strychu (jednego już prawie miałam:P) ŻARTUJĘ! Szkoda na nich czasu!

Zastanawiałam się dzisiaj w tramwaju, czy nie zahasłować dostępu do tego bloga. Kto chciałby nadal czytać te zapiski, zgłaszałby się mailem po hasło, a ja ustrzegłabym się przed przypadkowymi czytelnikami-kretynami, których niestety coraz więcej w wirtualnej przestrzeni. Tak zrobiła sistermoon ze swoim ogromnie poczytnym blogiem i zamierzam się jej poradzić w tej kwestii.
Może wtedy pisałabym odważniejsze, zdecydowane, wypowiedzi, a nie takie lelumpolelum z silnym autocenzorem.

Dokładnie za miesiąc, czeka mnie operacja prawej nogi.
Pan doktor dał mi kartkę z wytycznymi, jak należy przygotować się do zabiegu.
To samo znalazłam na stronie kliniki:
http://www.klinika-medyczna-ibis.com.pl/poradnik.php?jezyk=1&porada=14

Jednego zalecenia nie jestem w stanie spełnić: PACJENCI SĄ ODBIERANI PRZEZ RODZINĘ NASTĘPNEGO DNIA PO ZABIEGU OKOŁO GODZINY 8:00.
Oczami wyobraźni widzę przejętych rodziców, którzy przyjechali specjalnie z 3miasta, by odebrać mnie ze szpitala. Tatuś wziął swoją córkę na ręce, by nie musiała iść na świeżo operowanej nodze, a mama pomogła mu otworzyć drzwi do samochodu, by mógł tam usadowić ich dziecko. Tere fere…

A właściwie to, co mi szkodzi myśleć o tej całej sprawie w ten sposób:
Facet się kiedyś tam we mnie zakochał. Ale rozsądek zwyciężył nad sercem. Z jakiś powodów postanowił być z inną. Bo może jest zdecydowanie atrakcyjniejsza, może ma lepsze pochodzenie, może mają jakąś wspólną pasję. To wie już tylko on.
Ale przyszedł taki moment, że serce znowu dało o sobie znać. Serca się nie oszuka, a jeśli się to próbuje robić, wtedy człowiek staje się bardzo nieszczęśliwy. Nawet, jeśli stwarza inne pozory.

Jeszcze nie jest za późno…
Wszystko popsute, ale można to naprawić…
Jeśli tylko posłucha się serca…
Trzeba wielkiej odwagi…
Tego mu życzę.

na skrzyżowaniu ulic Marszałkowskiej z Żurawią
a że są cztery rogi, to ten, obok którego jest sklep Bata


  • RSS