u-filipinki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2007

W środę wieczorem pojechałam do podwarszawskiej miejscowości, z której wróciłam dzisiaj. Przepakowałam kilka rzeczy z mniejszej do większej walizki, jutro rano lecę do Monachium. Tam z lotniska na Hauptbahnhof i dibanem do Salzburga.
Wspaniale! Chociaż ogromna szkoda, że na tak krótko. Wracam również przez Monachium, w poniedziałek.

Asystowanie prof. B., podczas szkolenia, które prowadził, było dla mnie ciekawym, uczącym doświadczeniem.
Myślę sobie, że zarówno trenerstwo jak i sama organizacja szkoleń, to jednak ciężki kawałek chleba. Ale za tydzień powtórzę swoją rolę. Będzie zatem okazja utrwalić to, co zasłyszałam podczas wczorajszych i dzisiejszych zajęć.

Potupałam w tym upale na ul. Chmielną do kina Atlantic.
Nie na film, lecz na popcorn. Od kilku dni miałam ogromną ochotę na prażoną kukurydzę. Niełatwo jest ją chrupać i jednocześnie pisać na komputerze. W co wytrzeć tłuste paluchy? O spodnie?:-)

Grają małe chłopaki w piłkę, na boisku przed blokiem, w którym mieszkam. Gapię się na nich i myślę, że fajnie byłoby sprawić im nowe boisko. Taką namiastkę prawdziwego. Ale nawet jeśli nie murawę, to chociaż dobry, nowy asfalt. Obecny jest tragiczny, z kępami trawy przeciskającymi się przez nierówności, z jakimiś niebezpiecznymi rurami, z bramkami bez siatek. Gdybym miała walizkę pieniędzy i chciałabym tą kasę podarować maluchom z mojego osiedla na nowe boisko, to do kogo powinnam się z tym zwrócić? Kto zarządza terenem obecnego placu? Czy na odnowienie tego terenu potrzebna jest jakaś specjalna zgoda władz-srac? Czy są jakieś firmy budowlane, którym mogłabym zlecić wykonanie nowej nawierzchni, zgodnie ze standardami bezpieczeństwa? Żeby bramka nie spadła na malucha i go nie zabiła? Ile kosztuje takie osiedlowe boisko?
Może pobliscy panowie pijacy znaleźliby sobie zajęcie przy przygotowywaniu terenu na nowy plac gier zespołowych, dla swoich pociech?
Czy taka moja społeczna inicjatywa jest w ogóle realna? Jak myślicie?

Podsłuchałam jak krzyczy jeden mały piłkarz do drugiego małego piłkarza-bramkarza.
- Ej łap tą piłkę! Nie bądź cheerrleaderką!:-)))

Telefoniczną gadżeciarą nie jestem.
Pierwsze dwa telefony komórkowe to alcatele. Potem nokia jedna, druga, teraz trzecia. Zawsze jakieś promocyjne modele, tanie, żadne wielkie halo. Byleby dzwoniły, byleby miały zegarek i budzik. Nic poza to. Obecna ma możliwość focenia i odtwarzania plików mp3, ale do zdjęć mam nikona, do muzyki grajka.

Ale…
Z początkiem czerwca na amerykańskim rynku pojawi się takie małe cudeńko, taki śliczny telefoniczny gadżecik, który bardzo chcę mieć.
W raju wąż kusił Adama i Ewę jabłkiem.
Teraz jabłko kusi mnie.
Oj kusi!
Pragnę tej zabawki ogromnie!



Kubek na upalne dni, pełen wody sodowej – najlepiej takiej z sokiem z saturatora:-)






Przed ośmioma laty na Lazurowym Wybrzeżu, w prowansalskiej miejscowości, bliskiej Gombrowiczowi, pracowałam tak ciężko, jak nigdy potem. Uroki Vence były nagrodą za całe zło jakiego tam doświadczałam. Moja pracodawczyni była okrutną babą. Jeśli nie chodzi już po tym świecie, to z pewnością diabły traktują ją równie źle, jak ona traktowała ludzi.
Ale ta okrutna postać, czasami przyjmowała ludzkie oblicze. Wtedy potrafiła ze mną rozmawiać jak z człowiekiem, a nie kimś gorszym, kto ma jej tylko służyć. Z charakterystyczną sobie wyniosłością, opowiedziała mi historię początków swojej miłości (czy ona była w ogóle zdolna kochać?). Gdy w latach 60tych, pracowała na Targach Poznańskich, zainteresował się nią pewien bardzo zamożny Włoch. Zakochał się od razu. Przez dwa pierwsze lata ich znajomości ponoć otrzymywała od niego każdego dnia pocztówki z wyznaniami miłości. Pan Bruno, później jej mąż, którym ja się opiekowałam, wysyłał jej widokówki z każdego zakątka, w którym był, codziennie, zanim ona nie dołączyła do niego i nie zamieszkali razem we Włoszech.

W na ścianie przedpokoju, przypięte malutkimi klamerkami do tasiemki gromadzą się widokówki. Te starsze trzymam w specjalnym segregatorze. Od początku naszej znajomości otrzymałam ich całe mnóstwo.

Przed czterema laty pociąg zawiózł mnie do Salzburga. Też do pracy, też w charakterze gosposi. Poznałam skrajnie innych pracodawców – kochanych ludzi. Spędziłam z nimi trzy lata. Nie zawsze byli w domu. Ilekroć on znalazł się na lotnisku, w samolocie, którym miał dotrzeć gdzieś tam, dzwonił do niej by się pożegnać, by powiedzieć, że ją kocha. Ilekroć gdzieś tam lądował, dzwonił by się przywitać, by powiedzieć, że ją kocha. Idealnie.

Nie ważne strefy czasowe, nie ważna długość lotu, ilekroć ma się wznieść w niebo by polecieć gdzieś tam, lub przylecieć do mnie, ilekroć wyląduje gdzieś tam lub tu na Okęciu, dzwoni. Idealnie.

Bo ileż partnerów wie o sobie tylko tyle, że on/ona jest w delegacji. Nawet nie wiedzą w jakiej, nawet nie wiedzą gdzie. Bo po co sobie to mówić, po co ze sobą rozmawiać?

Szłam Nowym Światem na spotkanie z nim. Zobaczyłam go w oddali, zaczęłam biec, on przyspieszył kroku, z otwartymi ramionami powitał mnie, a w ręku trzymał bukiecik niezapominajek. A po kilku dniach dostałam piękne fiołki. Wciąż dostaję od niego kwiaty, zawsze o tym pamięta.

Rano chodzi po świeże francuskie rogale, gdy jesteśmy w Paryżu.
Rano chodzi po świeże bułki, gdy jesteśmy w Warszawie, dokładnie tak jak mój warszawki wujek. Dokładnie tak samo spokojnie jak wujek czaka na ciocię, on czeka na mnie, gdy się szykuję, bo mamy gdzieś wyjść.

W najpiękniejszym miejscu na Ziemi, czyli w moim mieszkanku, ukląkł przede mną z pierścionkiem i zadał to najważniejsze pytanie. Niebiańsko było móc spełnić swoje marzenia, mówiąc ‘tak’.

Chwalę się pierścionkiem:

Warszawski wujek ani trochę się wtedy nie pomylił…

Słowa kluczowe: belgijscy skauci, królowa holenderska, Kong, profesor Jerzy Bralczyk, pierścionek, Justyna Steczkowska, Stasiu, bierzmowanie, Salzburg

Zanim wsiedliśmy do pociągu biegałam podniecona po dworcu i robiłam zdjęcia. To był zaledwie jeden z paryskich dworców, a mają ich Francuzi w swojej stolicy aż 4! Chciałabym te zdjęcia pokazać naszym budowniczym, ze słowami:’ ma być równie wspaniały’ – jest przecież światełko w tunelu, że nasz obrzydliwy śmierdzący centralny zmieni swój wygląd do roku 2012. Oby światełko nie zgasło.
Chciałabym dożyć czasów, takich pięknych dworców i takich cudownie szybkich pociągów w Polsce. W najbliższym czasie podróż z Warszawy do Gdańska ma trwać 7 (!słownie: siedem!) godzin – PREKAMBR!!!
Podróż ultra szybka i przy tym cichutka. Obok nas siedziało dwóch przystojniaków (też) z Kalifornii. Jechali do Amsterdamu na wieczór kawalerski przyjaciela. A ślub tegoż przyjaciela miał odbyć się we Florencji. Zwiedzali amerykańskie chłopaki Europę:-)
Bruksela powitała nas ogromnym słońcem. Bruksela jest śliczna. Bruksela ma wspaniałe serce. Przeczytałam w przewodniku: ”Ci, którzy po raz pierwszy wchodzą na Grand Place, często zatrzymują się rozglądając wokół z zachwytem.” To prawda, nas ten plac zachwycił. Jedliśmy gofry, jedliśmy czekoladki, wszystko zgodnie z turystycznymi tradycjami. Ale spotkało nas coś najzupełniej nieturystycznego. Tegoż dnia, którego przyszło nam pomachać na dowidzenia stolicy Europy, zjechało się do niej 95 tysięcy skautów, na wielkie świętowanie setnych urodzin tamtejszego harcerstwa. Dworzec wypełniony po brzegi młodzieżą napływająca z różnych stron Belgii. Dużo hałasu, pierwsze zbiórki, pierwsze meldunki, pierwsze zadania do wykonania, droga do obozowiska. Radość, dobra zabawa i siła młodych ludzi, to czułam w drodze na peron.
Dalej do Amsterdamu.
Cóż turysta może robić w tym mieście? Może udać się do kofiszopu. Ja nie musiałam. Dla mnie to miasto to jedna wielka chmura marihuany.
Gdy przechodzi się koło Sephory, ulatnia się z niej mix duszących perfum, można mieć zamknięte oczy, a rozpoznaje się, okolice tej właśnie drogerii. Analogicznie jest w Amsterdamie z trawą. Jeden wielki smród (dla mnie) marihuany. Ale może własnie w tym tkwi sekret tego miast i jego mieszkańców. Wiecznie weseli, przyjaźni, otwarci. Cóż tutaj nieturystycznego nas spotkało. Jejuuuuuu, o tym się nie da napisać – to trzeba przeżyć! Pół miliona Holendrów w stolicy swego kraju, świętowało urodziny swojej królowej, dokładnie tego dnia, kiedy tam trafiliśmy. Wielki pomarańczowy tłum. Morze ludzi, którzy łazili, pili piwo, palili skręty i hucznie fetowali narodowe święto. Tego nigdy nie zapomnę! Też dołączyliśmy do tego tłumu, zaopatrując się w pomarańczowe gadżety. Przy tym zero policji, zero agresji, wypadków typu zadeptanie, utopienie w kanale, czy innych charakterystycznych dla imprez MEGAmasowych.

W Paryżu z irlandzką kuzynką zjedliśmy uroczą kolację w knajpie Kong, znanej tym wszystkim, którzy oglądali dwa ostatnie odcinki, ostatniego sezonu serialu „Seks w wielkim mieście”. Akcja ich rozgrywa się w Paryżu. Kasia tuptała ścieżkami głównej bohaterki, tak jak ja kilka miesięcy temu potupałam do knajpki w której pracowała Amelia:-)

Po powrocie do kraju z tych europejskich podróży, przystąpiłam do egzaminu z genetyki, który zaliczyłam na ocenę dobrą.
Następnie miałam okazję poznać osobiście profesora Bralczyka, któremu będę asystować w przyszłym tygodniu na dwudniowym szkoleniu. Wspólna podróż na uczelnię, której jest wykładowcą-dziekanem, a której ja jestem studentką.

Kilka dni później mój mężczyzna niespodziewanie ukląkł przede mną z pierścionkiem i poprosił mnie o rękę. Zgodziłam się, zatem staliśmy się narzeczoną parą: Jackiem i Barbarą:-))) Napiszę o tym więcej inną razą.

Ostatni łikend spędziliśmy w Gdańsku na rodzinnym spotkaniu z moim ukochanym wujostwem. Moja młodsza kuzynka bierzmowana przez biskupa poprosiła mnie o świadkowanie tego wydarzenia. Miałam już takie doświadczenie, przed kilku laty byłam świadkiem na bierzmowaniu Emilki z Salzburga.

Wracając z Gdańska leciałam jednym samolotem z Justyną Steczkowską. Nie ukrywam, że gdyby to wydarzenie miało miejsce jakieś 10 lat temu, to chyba oszalałabym z radości: moja ulubiona piosenkarka siedzi tuż obok mnie! Aktualnie nie śledzę kariery Justyny, może jej świetność już minęła, nikt nie poprosił jej o autograf.

Na świat przyszedł Stasiu, drugi syn Asi i Przemka, brat Jasia. Chyba 10 minut po porodzie miałam na pulpicie jego zdjęcie. Łzy mi lecą w takich chwilach bardzooooo. Ogromnie się wzruszam narodzinami.

Za dwa tygodnie lecę do ukochanego Salzburga. Na łikend zaledwie, na bierzmowanie Kordiana. Ale cieszę się co najmniej tak, jakby to miała być podróż mojego życia. Tęsknię za Salzburgiem, za moimi, w nim, ścieżkami, za jego mieszkańcami, których poznałam. Będę w kościele, będę u moich byłych pracodawców. Uuuuuuu kończę już, bo znowu się rozklejam z radości.

Pomyśleć by można, że osoba bezrobotna ma mnóstwo czasu, nie musi nic kompletnie robić, za wyjątkiem zaspakajania najniższych (fizjologicznych) potrzeb z piramidy Maslowa, że może być jej okropnie nudno, że może popaść z tej ‘bezroboty’ w depresję. Taką osobą z pewnością nie jestem, mimo że w dzielnicowym urzędzie pracy mam już swoją kartę. Odkąd przestałam wieść życie grzecznej nieawansującej dziewczynki*, na stanowisku office managera w Agencji Marketingowej, moje życie nabrało szalonego tempa. Niewiele jest dni takich jak ten, kiedy to zasiadam z filiżanką kawy przed komputerem i świadomie zabieram się za pisanie. A uwierzcie mi, mam o czym pisać. Elektroniczną kartę dostępu do biurowca, którą zawsze miałam przy sobie, wymieniłam na notesik, w którym często odnotowuję pomysły nowych notek. Obserwuję, słucham, doświadczam, a w duszy tworzą się tomy zapisków.
Trzeba być jednak niezwykle konsekwentnym i systematycznym, żeby zawartość duszy przekazać w formie książki. Tego wciąż mi brakuje. Niektóre hasła z notesiku blakną, zacierają się w pamięci, stają się odległe, trudno jest je hurtem, jednego dnia opisać. Przepadają zatem. Chyba szkoda…
Warsztat pisarza nie należy do najłatwiejszych, nawet jeśli posiada się łatwość pisania. Muszę nad tym jeszcze ciężko popracować.
Do dzieła!:-)

Cieszę się, że czekacie na nowe notki.

* Lois P. Frankel „Grzeczne dziewczynki nie awansują”


  • RSS