u-filipinki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2007

Ten do Frankfurtu był o czasie. Udało się szybko otrzymać kartę pokładową, bo to Lufthansa, a nie nasz ukochany LOT. Na Okęciu oczywiście horror. Dwa największe samoloty za ocean, odprawiane o tej samej godzinie. To jakiś bardzo skupiony logistyk musiał wymyślić.
We Frankfurcie na styk, ale się udało. Terminal w lekkiej przebudowie, zatem odprawa na kolejny samolot okupiona oczekiwaniem w długiej kolejce.
Rękawem do samolotu. Do samolociska raczej! Łał, jakaż to była wielka maszyna, oczywiście, że nie wierzyłam iż zdoła się unieść. A nawet jeśli zdoła, to zaraz spadnie.
Moje najczarniejsze scenariusze na temat katastrofy lotniczej w której miałam brać udział, rozproszył szampan, podany przez stewardesę. Upgrade do klasy biznesowej był rewelacyjną niespodzianką. Wygodniejszy fotel, moje ulubione kosmetyczne gadżety, hektolitry darmowego alkoholu…
Oprócz spożywania napojów alkoholowych, jadłam pół plastikowe posiłki (pełnoplastikowe jada się w klasie ekonomicznej, a w pierwszej to pewnie dają prawdziwe organiczne jedzonko).
Na kanale 9tym podsłuchiwałam pilota, pierwszego oficera (kobietę) i tych z wieży lotów. Dużo cyfr w tych rozmowach było, jedni drugim wskazywali drogę.
Potem obejrzałam film, piękny i zarazem tak wzruszający, że przez godzinę leciały mi łzy. Film ten może dotarł już do polskich kin i choć nie jest jakąś super produkcją to serdecznie go polecam. Film o marzeniach, o tym, że jeśli bardzo czegoś pragniemy, to możemy to osiągnąć, ale też nie warto zawsze, za wszelką cenę dążyć do wytyczonych celów, bo można przegapić, zmarnować coś ważnego. Film pt. „The Astronaut Farmer”.
Po filmie odnalazłam kanał z muzyką salsową, tylko fotelowe pasy powstrzymywały mnie od tańczenia w samolocie:-)
A potem zasnęłam. Spałam słodko, nie obudziły mnie turbulencje, a podobno były spore, ani burze, które na kanale 9 kazano pilotowi omijać.
Obudziła mnie stewardesa przynosząc śniadanie tzn. kolację.
Wyruszyliśmy o 17stej z Frankfurtu, San Francisco zobaczyłam o 19stej. Lot trwał jednak nie dwie godziny, a 11:-)
Co nastąpiło po opuszczeniu boeinga 777 dowiecie się następnym razem.

*long overdue – bardzo spóźniona (notka)

Minął miesiąc.
I chociaż od czasu kiedy samolot amerykańskich linii lotniczych UNITED, ze mną na pokładzie, wylądował na lotnisku w San Francisco, napisałam zaledwie kilka krótkich notek, to w moim życiu wydarzyło się wiele.
I niektóre z tych wydarzeń z pewnością opiszę tutaj.

Zanim jednak to nastąpi, pragnę poinformować szanownych czytelników, że wszelkie moje opisy Ameryki i życia w niej, będą bardzo subiektywne. Będę chwaliła pod niebiosa ten kraj, jak również wysyłała go do diabła. To moje pisanki i nakazuję Wam (!) zachować odpowiedni dystans.
Piszę bo lubię pisać, piszę to co lubię pisać. Jak się nie podoba, to wynocha!:-)

Na całym świecie jest wiele zła, wiele niesprawiedliwości, wiele nieporozumień, głupoty. Także na tym kontynencie. Wiem o tym dobrze i pewnie nie raz o tym jeszcze tutaj napiszę. Ale napiszę też wiele dobrego o tej mojej podróży, którą nazywam podróżą w czasie. NAPRAWDĘ! Będąc tutaj czuję jakbym przeniosła się w czasie. Może jakieś sto, dwieście lat w przyszłość względem naszego słowiańskiego kraju nad skisłą Wisłą. Tak to właśnie widzę i właśnie tak to będę przedstawiać w moich zapiskach.
Oczywiście mam słaby wzrok, ale mam też różowe okulary i przez nie spoglądam na świat.

Wczoraj byłam w koledżu na pierwszej lekcji języka angielskiego.
Wiele, wiele lat uczyłam się angola w Polsce. Poznałam sporą ilość kiepskich nauczycieli tego języka i zaledwie dwóch, może trzech naprawdę dobrych – to mało jak na spory nasz kraj, jak na trzy duże miasta, w których mieszkałam.
Wczorajsza trzygodzinna lekcja, była najlepszą lekcją angielskiego w całym moim życiu. Genialna ticzerka, ciekawy podręcznik, dobra uczelnia. Jutro lekcja druga:-)

A ja jestem całym sercem za lekarzami!
I za pielęgniarkami też!
Ja chcę by to była najbogatsza grupa Polaków!
By zarabiali jeszcze więcej, niż to co sugerują, czego oczekują, strajkując!

Czyż w tym naszym głupim kraju, władza nie potrafi zrozumieć, że ludzkie życie, że zdrowie, jest NAJWAŻNIEJSZE!
Po co nam cała reszta, wszelakie obietnice poprawy naszego bytu, jeśli będziemy trupami? Po co nowe drogi, więcej miejsc pracy, więcej mieszkań i inne blablabla, jeśli wystarczy byle choroba, byśmy polegli. Bo zabraknie tych, którzy mogliby nam udzielić odpowiedniej pomocy.

Dlaczego nie możemy wziąć przykładu z innych krajów, gdzie służba zdrowia to naprawdę bogaci ludzie, ludzie, którym nie musisz dać łapówki, żeby uratowali Ci życie. Ludzie, którzy wiedzą co robić i jak robić, bo są należycie wynagradzani.

Wiadomo, że w Stanach studia medyczne należą do najdroższych. Studenci zaciągają kolosalne kredyty by móc uczyć się zawodu. Ale potem te kredyty spłacają, ich pensja im to gwarantuje.
Wiadomo, że w Stanach służba zdrowia ma niewiele wspólnego z chciwymi, potwornymi, politykami.
Może tu tkwi nasza skucha?
Może potrzebny lekarzom jakiś mega przewrót by ani minister, ani premier, ani jego brat, nie mieli nic do gadania w kwestiach odpowiedniego zarządzania tym resortem.

Przykro i smutno mi ilekroć słyszę o strajku w służbie zdrowia. I o tych baranach u władzy co rozumu za grosz nie mają. Ech…

Trzeci tydzień w Kalifornii minął.
Każdy dzień przynosi nowe, ciekawe sytuacje.

Dzisiaj odpowiedziałam na 75 pytań w placement test, w pobliskim koledżu. Ten test określi mój poziom znajomości języka angielskiego i wskaże klasę w której będę pobierać nauki. Rząd Stanów Zjednoczonych jest tak cudowny, że kurs ESL (english as a second language) jest nieodpłatny. Oczywiście należy tylko okazać ważną wizę i numer Social Security.

Pojechaliśmy do niebiesko żółtego szwedzkiego sklepu. Tak! Tu też jest IKEA!:-)
Duży samochód, to i dużo zakupów się zmieściło.

A jutro czaka nas wycieczka do Napy. Wsiądziemy w specjalny pociąg, który odwiedza winnice. Jesz, gapisz się przez okno na piękne widoki zielonych winnic i degustujesz w nieskończoność gronowe alkohole.

Po co komu malutki słoik majonezu?
Tu nie ma nic malutkiego. Wszystko jest duże! Jak Ameryka:-)



Ameryka

Brak komentarzy

Jest wtorek, kilka minut po 9 p.m.
W Polsce rozpoczyna się środowy poranek.
Od dwóch tygodni, każdego dnia, Ameryka mnie czymś zadziwia.
Konfrontuję się z moimi błędnymi przekonaniami o tym kraju, niektóre jednak okazują się słuszne.

Kilka dni temu, w urzędzie federalnym, po okazaniu odpowiednich dokumentów, przyznano mi numer Social Security. Po trzech dniach z Waszyngtonu przysałano mi odpowiednią kartę z tym numerem. To coś na podobieństwo polskiego PESELU.
Dzisiaj w pewnym stanowym urzędzie wypełniłam formularz, okazałam paszport, zrobiono mi zdjęcie, zeskanowano linie papilarne kciuka, w ciągu 14stu dni otrzymam kalifornijskie prawo jazdy. Prawo jazdy, które nie uprawnia mnie do prowadzenia samochodu (przecież nie potrafię tego robić), ale służy jako dokument tożsamości.
Pani w Bank of America otworzyła mi konto, otrzymałam czeki, karta do bankomatu przybędzie pocztą w ciągu 5 dni. Pierwsze dolary wpłacone:-)

Ameryka widziana oczami Filipinki wydaje się być taaakaaa ogromna.
Wszystko tu jest duże, większe, największe.
Jestem tu tydzień. Siedem pięknych, uczących dni.
Podróże kształcą. Ta bardzo!

Będę pisać więcej, jak tylko uporam się z jetlagiem.
Tymczasem pozdrawiam Was z Kalifornii.


  • RSS