Wysiadłam z samolotu, powędrowałam do odprawy. Kolejka ludzi długa jak z Nowego Yorku do Paryża. Nie żartuję! Klika samolotów z Azji przyleciało i ci wszyscy skośnoocy ludzie również chcieli przedostać się przez punkt kontroli na lotnisku. Odczekałam. Pewien umundurowany pan zaprosił mnie gestem dłoni. Podeszłam przerażona.
Zawsze w takich sytuacjach, gdzie ma dojść do spotkania z przedstawicielem prawa tego kraju, mam irracjonalne przeczucie, że ta osoba mnie po prostu zastrzeli. Naoglądałam się chyba za dużo amerykańskich filmów. Gdy przejeżdża obok nas policja za każdym razem żegnam się z życiem – wydaje mi się, że oni zanim o coś zapytają to najpierw strzelą. Cierpię na policjofobię.
Pan celnik, czy jak mu tam, mimo terminalu po brzegi wypełnionego ludźmi, postanowił uciąć sobie ze mną pogawędkę, wcale nie krótką. Pytał i pytał, nigdzie tych pytań nie notując, ale bacznie mnie obserwował przez calutki czas rozmowy. Jakaż uboga okazuje się moja znajomość angielskiego w takich sytuacjach. Jestem tak zdenerwowana, że nawet po polsku nie jestem pewna jak się nazywam. Ten pan zapytał się nawet o to czy jestem zaręczona, czy mój fiance jest w Polsce, no i kiedy zamierzam wyjść za mąż. Następnie zrobił mi fotę, zeskanował linie papilarne palca wskazującego (w ambasadzie amerykańskiej też już to zrobili) przywalił odpowiedni stempel i przepuścił przez bramkę. W końcu naprawdę znalazłam się z Stanach.
Nie chcę więcej tego przechodzić. Przecież zaledwie od jego jednego słowa zależało to, czy ujrzę San Francisco z samochodu, czy znowu z samolotu w stronę Europy. Może innym ludziom ta odprawa paszportowa, to sprawdzanie wiz, ten kolejny wywiad po co się przyleciało do USA, nie wydaje się niczym stresującym. Dla mnie to jest stresujące, nie chcę tych nerwów więcej, chcę Zieloną Kartę!:-)

A potem to już było tak jak w Ameryce.
Golden Gate w ciemnych chmurach nocy.
Alcatraz na wyspie w Zatoce San Francisco.
Higway do miasta, w którym mieszkam.

No i dom. Piękny dom, w którym teraz jestem, z malutkim ogródkiem, z basenem, z kotem, z wspaniałą kuchnią, z moskitierami w oknach, z dużą wanną, z ogromnym polem golfowym za płotem, no i z NIM oczywiście:-)

Podobno ludzie dzielą się na takich, którym Ameryka się podoba i na takich, którzy jej nie lubią. Przyjechałam tu również po to, by przekonać się do której grupy ludzi należę.
Tych kilka tygodni pokazało, że czuję się tu bardzo dobrze.
Miasteczko i okolice urocze.
Miliony rozwiązań z różnych obszarów, w których Amerykanie są przynajmniej trzy wielki do przodu względem tego śmiesznego kraju nad Bałtykiem.

Za tydzień lecimy do innego Stanu. Do Stanu położonego na Wyspach. Tak! Filipinka będzie na Hawajach.
Za trzy tygodnie, na trzy tygodnie lecę do Polski.
Za trzy miesiące Italia. Nowy Rok przywitamy w Rzymie.
I jeszcze tyle innych krajów do zwiedzania…