u-filipinki blog

Twój nowy blog

Piękna jest jesień w Salzburgu. O ile nie pada deszcz. Dzisiaj był ciepły, słoneczny dzień. Wracałam z niemieckiego i podziwiałam wspaniałości tego miasta – Ziemi Świętej muzyków. To tu urodził się Mozart, to tu można nad Salzakiem zobaczyć dom Karajana.
Lubię spacerować wąskimi uliczkami, choć czasem spokój moich wędrówek zakłócają tysiące turystów, odwiedzających to niewielkie miasto Austrii. Czasami bywa mi smutno, że w takim cudownym miejscu jestem sama. Brakuje mi tu moich przyjaciół z Polski. Chciałabym im to wszystko pokazać…
Mój blożek ma już tydzień.
A Marek rozgotował sobie obiad, gdy mu napisałam na gadu-gadu, że mam na sobie pierwszy raz stringi ze Snópim.

Niepoukładane myśli poukładane
…a w mojej głowie wojna, wieczna wojna, myśli niespokojnych…
Marzę każdego dnia o osiągnięciu w swoim życiu spokoju i maksimum uważności. Ponad rok medytowałam w buddyjskiej wspólnocie i pamiętam, że ta praktyka przynosiła mi duże korzyści w realizacji tych właśnie marzeń. Czemu to zaniedbałam???
Bywa tak, że zrobię coś nieświadomie, że palnę jakieś głupstwo. A potem siebie pytam: czemu to się stało, czemu tego nie pamiętam, gdzie ja naprawdę wtedy byłam? Człowiek uważny na siebie, na drugiego, na otaczający go świat, nie przeżywa takich rozterek. On wie, co robił, czemu to robił i nawet, jeśli złapie się na popełnieniu błędu, to drugi raz tego nie zrobi. Jego świadomość zanotuje to wydarzenie. Bo on był „tu i teraz”.
A ja szukam spokoju i uważności i nawet jak już jestem na tych ścieżkach to zwykle się gubię. A jak się zgubię to strzałka na barometrze mojego życia opada na samo dno. Powraca deprecha a wraz z nią jedna myśl. Że owszem jestem w stanie spełnić swoje marzenie, że mogę odnaleźć spokój, ale tylko w śmierci.
Przez pół dnia myślałam dzisiaj o tym, żeby się poddać. W każdej dziedzinie mojego życia. Żeby już nie walczyć, nie starać się, wycofać totalnie.
Jednak znowu zaświeciło słoneczko. Co powstaję to upadam. Co upadam to powstaję.
Ania (wielkie dzięki jeszcze raz!) podesłała mi tego oto linka: http://republika.pl/emem/ – zatrzymałam się i odpoczęłam. Was też do tego zachęcam.

der Herbst – jesień
das Ruhe – cisza

Zaspałam…

Brak komentarzy

Obudziłam się dzisiaj o 7:15 (!). Zatem godzinę z kwadransem za późno. Nie mam pojęcia jak to się stało i co mi się śniło, że sen miałam kamienny. Razem ze mną zaspał cały dom. Dzieci, którymi się opiekuję, spóźniły się ociupinę do szkoły. Ale nikt nie miał do mnie pretensji. Może właśnie, dlatego, że takie zaspanki zdarzają mi się w śladowych ilościach.
To była pierwsza niespodzianka w dniu dzisiejszym i nie tłumaczę jej niedzwonieniem budzika, bo ten z pewnością zadzwonił, tylko, że ja najprawdopodobniej wyszeptałam: „jeszcze chwilkę” i przysnęłam.
Druga niespodzianka spotkała mnie w mieście przy wypłacaniu kaski z bankomatu. Troszkę się ta czynność różni od bankomatowych operacji w naszym kraju. Przede wszystkim tutaj bankomaty nie drukują kwitu wypłaty pieniędzy i stanu konta. Nie miałam jak dotąd problemu z wypłacaniem eurosów. Ale wczoraj podchodziłam do tego trzy razy i za każdym bankomat pisał mi, że cośtam cośtam i kasy nie wypłacał. Stał za mną w kolejce młody mężczyzna i po trzeciej mojej nieudanej próbie walki z tą maszyną, odeszłam zrezygnowana, dając mu możliwość wypłacenia swoich pieniędzy. Wychodząc z budynku dworca, usłyszałam, że ktoś do mnie biegnie, wołając, trzyma w ręku 20 euro. Moje 20 euro, na które ja nie poczekałam, bo myślałam, że bankomat nie dokonał transakcji. To był właśnie ten mężczyzna stojący za mną w kolejce do bankomatu. Jakaż ogromna była moja radość. Jakże bardzo żałowałam, że nie znam na tyle niemieckiego by móc wyrazić moją wdzięczność temu gościowi. Kocham ten kraj za uczciwość jego mieszkańców. Pewnie jeszcze będzie wiele okazji do opowieści o tym jak w Austrii jest bezpiecznie, jaką wysoką skutecznością wykazuje się tu policja, jak tutejsze społeczeństwo świadome jest potęgi niesienia pomocy, gdy komuś dzieje się krzywda. Tu rower można zostawić przed sklepem bez specjalnego zabezpieczenia. Tu listonosz wielką torbę zostawia na chodniku przed budynkiem i wchodzi do kolejnych mieszkań roznosząc przesyłki, nikt mu tej torby nie ukradnie. Tu, jeśli zostawisz portfel w sklepie to będą za Tobą biec ze słowami, że zapomniałeś swojej rzeczy. I tak mogłabym pisać bez końca… Cudownie mi się żyje, gdy jedna z najważniejszych potrzeb życiowych (bezpieczeństwo) jest normą. W Polsce normą jest to, że cały czas trzeba być uważnym, cały czas trzeba się bać (to moje zdanie).
I jeszcze drobniutka przygoda, o której chciałabym tu napisać. Kupiłam sobie dzisiaj pierwszy raz kawę na wynos. Niby nic, prawda? A jednak dla mnie jest to wydarzenie godne opisu w jakimkolwiek pamiętniku. Ileż to razy widziałam na różnych filmach bohaterów spieszących do pracy z papierowym, styropianowym, czy plastykowym kubkiem w dłoniach, napełnionym gorącą kawą. Choć nie jestem kawoszem (herbaciara ze mnie wielka), zapragnęłam też tak mieć przez chwilkę. Weszłam do kawiarni i kupiłam kubek kawy na wynos o aromacie tiramisu. Mmmmmmmmniam pychotka!
No i czekam na Gonza;-)

die Ehrlichkeit – uczciwość
zum Mitnehmen – na wynos

Głodówka

Brak komentarzy

To mój dziesiąty poniedziałek bez jedzenia. Tak sobie postanowiłam i jakoś się trzymam. Różnie bywa. Niekiedy głód daje o sobie znać, ale bywa i tak, że dzień zleci szybciorem i nawet o tym nie myślę. Nie chodzi mi o żadną dietę, czy odchudzanie. Nie sądzę również by były to początki anoreksji. To po prostu moje postanowienie i staram się w nim trwać. Coś na zasadzie pewnego sprawdzianu. Może to tylko taki element pracy nad sobą, na ile jestem w stanie wytrwać w postanowieniu, na ile nie poddam się uczuciu głodu, na ile jestem w stanie zapanować nad jedzeniowymi zachciankami. W ciągu tygodnia pochłaniam przeogromne ilości jedzenia, więc ten jeden dzień na głodniaka, ani mi nie zaszkodzi, a ni nie pomoże. Jedno, co mnie tylko niepokoi, gdy opowiadam o tym znajomym, lub dowiadują się oni o moim postnym poniedziałku, bo odmawiam posiłków, to jednakowa ich reakcja. Niektórzy, uważają to za totalną głupotę. A ja się zastanawiam skąd w ludziach tyle sprzeciwu i irytacji. No nie mam pojęcia. Czy to zazdrość, czy zwykłe niezrozumienie mojej malutkiej filozofii w temacie jedzenia?

essen – jeść
der Montag – poniedziałek

Wybrałam się rano do pobliskiej parafii na mszę. Staram się tam bywać regularnie. Nie zawsze jednak mi się to udaje. Lenistwo… Ale gdy je pokonam i już tam jestem, nigdy nie żałuję. Austriacka msza nie różni się mocno od mszy katolickiej w Polsce. Taki sam układ liturgii pozawala mi, mimo nieznajomości języka na czynne uczestnictwo. Jest jednak coś, co z ogromną mocą mnie tam przyciąga.
Tym magnesem jest szczególna atmosfera, którą jestem w stanie zrozumieć, mimo bariery językowej. Tutaj ludzie od początku do końca uczestniczą i przeżywają to, co daje im nabożeństwo. Świeccy parafianie biorą aktywny udział w posłudze na ołtarzu. Więc ksiądz jest tylko do sprawowania tej
najistotniejszej, zarezerwowanej tylko dla niego posługi. Resztą zajmują się ludzie. W tutejszej parafii są w niedziele dwie msze. Jedna na 9:00 przez cały rok i jest to msza dla ludzi starszych, głównie rolników, okropnie konserwatywnych, schematycznych, takich właśnie typowych Austriaków.
Druga msza jest na 10:30 i jest to tzw. Familienmesse. Spotykają się na niej rodziny z dziećmi, małymi, średnimi, bezdzietni ludzie młodzi.
Ta msza znacznie różni się w oprawie od tej porannej.
Ksiądz jest ten sam, ale dużo się zmienia. Zmieniają się śpiewniki. Te, których używa się na tej właśnie mszy, zawierają pieśni współczesne, wesołe, często w innych językach.
Śpiewając je ludzie sami z siebie ruszają się w ich takt, klaszczą, pstrykają palcami. Bije z nich ogromna radość. Wisi w przedsionku kościoła taka lista z datami kolejnych mszy i każda rodzina wpisuje sobie nazwisko przy niedzieli, w której chciałby „robić” mszę, czyli nadać jej odpowiednia atmosferę. Taka rodzina przygotowuje zestaw pieśni, modlitwę wiernych, podziękowania. I to, co jest bardzo ciekawe to to, że najczęściej każda z tych rodzin potrafi grać na przeróżnych instrumentach. Salzburg jest typowo muzycznym miastem, ze względu na Mozarta, ale wiele z tych rodzin to ludzie przyjezdni z innych końców Austrii, czy nawet innych krajów. Mimo to że trudnią się, na co dzień różnymi zawodami, są też uzdolnieni muzycznie. Jest sporo osób grających na fletach prostych i poprzecznych, to chyba najczęściej występujący instrument. Przykładowa rodzina gdzie ojciec jest doktorem pediatrii a mama gospodynią domową, mają czwórkę dzieci. On gra na flecie poprzecznym, ona na gitarze, a jedna z córek na kontrabasie. Uwielbiam taka atmosferę przy modlitwie.
Ale muzyka to nie tylko kościół.
Ja w ogóle bardzo lubię patrzeć jak ludzie wydobywają dźwięki z instrumentów muzycznych. Zupełnie inaczej odbieram tak słyszaną muzykę, niż nawet najbardziej profesjonalnie czy mistrzowsko zagrane utwory zapisane na płycie. Jest dla mnie coś niezwykłego w możliwości słuchania i jednoczesnej obserwacji tego jak powstaje dźwięk. Jak człowiek się w danym momencie zachowuje, co musi zrobić by ta jedna, jedyna nutka zabrzmiała właśnie tak? Jak to się dzieje, że niektóre instrumenty zmuszają do ruchu całego ciała, gdzie wydawać by się mogło, ze wystarczy tylko dmuchać i ruszać palcami? Nie jestem muzykiem, więc to wszystko jest dla mnie zagadką, niemniej jednak możliwość odbioru muzyki w chwili, gdy ona powstaje, pozwala mi, w niewytłumaczalny dla mnie sposób, zbliżać się do tych tajemnic.

die Musik – muzyka
die Kirche – Kościół

Smuteczek

Brak komentarzy

Kończy się kolejny mój dzień na obczyźnie. Nie jest mi łatwo być tak daleko od ludzi i miejsc, które kocham. Bywają dni, kiedy uczucie samotności przeszywa mnie do żywego. Uczę się z tą samotnością żyć już od tylu lat i nadal jest to dla mnie trudne. Ech…
To nie był zły dzień. Szybko zleciał, głównie na krzątaninie po domu, w którym pracuję. I niby wszystko jest ok, a jednak nie. Smutno mi się zrobiło. Tak mocno, tak nagle. Wystarczyła jedna niemiła wymiana zdań i ja już opadłam na dno złego samopoczucia. Nie potrafię sobie olewać nawet takich drobniutkich nieporozumień. Zawsze bardzo się wszystkim przejmuję. Mój smutek jest naprawdę wielgachny.

Ale miało być dzisiaj o czymś innym. Właściwie o kimś. Zatem wedle życzenia będzie o Maćóśó.
To właśnie ten facet jest pomysłodawcą, ofiarodawcą i dizajnerem mojego bloga. I jestem mu za to niezmiernie wdzięczna! Kilkanaście osób motywowało mnie w różny sposób do rozpoczęcia pisania, ale tylko On zrobił to tak, że się zmobilizowałam. Podarował mi bloga. Zaczęłam. To są dopiero moje nieśmiałe początki, uczę się jak to jest pisać w sieci. Tak powolutku. Ale może się uda.
Maćóśó bardzo Ci dziękuję za pierwsze lekcje, za pomoc, za wszystkie niespodzianki.
To Maćóś puszcza mi przez skajpa, prawie każdego wieczora, na dobranoc piosenkę z ‚misiauszatka’. Nie potrafię opisać, jakie to miłe przy niej zasypiać. Maćóś jest moim nowym znajomym, ale jego dobre serduszko przekonuje mnie, że to ważna znajomość. Pewnie będzie wiele okazji by coś więcej o Nim napisać. I poczytać coś bezpośrednio od Niego, na moim bliźniaczym dizajnersko blogu.

die Traurigkeit – smutek
die Einsamkeit – samotność

Takie tam…

Brak komentarzy

Przez cały dzień towarzyszy mi potworny ból głowy i senność. Wstaję każdego dnia o 6:00 bez względu na to, o której zasypiam. Taką mam pracę. Nie mam problemów z pobudkami, jednak zarwane nocki bardzo mnie wypalają.

Niepoukładane myśli poukładane:
Chciałabym umieć tak żyć, żeby nigdy nie kłamać, nie oszukiwać, nie zdradzać. Żeby towarzyszyła mi prawda i tylko prawda. W tych codziennych prostych sprawach i w takich trudniejszych, zagmatwanych. Jak to się dzieje, że z taką łatwością można wykorzystywać, kraść, obmawiać, wyśmiewać, stosować przemoc? Chciałabym być dobra i mądra…

lügen – kłamać
weh tut; schmerzen – boleć

Farkus

1 komentarz

Dzisiaj będzie o Farkusie. Teoretycznie to kot moich pracodawców, praktycznie jest już mój. Gdybym umiała tu instalować fotki, już byście mogli go zobaczyć. Wspaniały kocur.
Znowu dzisiaj uciekł z domu, w którym obecnie mieszkam i pracuję. On ma tak zawsze. Spryciaż. Jak tylko widzi okazję do wyjścia na mysie łowy i przechadzkę po okolicznych polach, nie zastanawia się, ucieka. A ja się potem zamartwiam. Bo z Farkusem jest tak, że przed laty bardzo poważnie chorował. Wyszedł z tego, ale z pewnym uszczerbkiem na zdrowiu. Jest dużo mniej odporny na choroby z serii przeziębieniowych. Zaleca mu się przez okres zimy pozostawać w domu. Żadne tam spacerki po śniegu. Szkoda tylko, że on się na to nie zgadza. Codziennie mu tłumacze, czemu wyjdzie na dwór legalnie dopiero w kwietniu. Nie słucha się jednak. Ucieka. I tak też zrobił dzisiaj. Przepadł i pojawi się pewnie rano na łiskasowym śniadaniu. Smutno mi bez niego. Jest moim przyjacielem i uwielbiam się do niego przytulać.
I chyba zabiorę go ze sobą do Polski.
Farki! wracaj tu!

sehnen – tęsknić
warten – czekać

Witajcie!
Dostałam tego bloga w prezencie. To dopiero oryginalna niespodzianka. Dane Wam było kiedyś taką otrzymać? Bardzo się z niej cieszę!
Blożek będzie piękniał za sprawą jego ofiarodawcy, co jest częścią tej niespodzianki.
I to wszystko w tym moim pierwszym nocnym klikaniu tutaj.

danken – dziękować
sich freuen – cieszyć się

:-)

1 komentarz

Misiuszatek


  • RSS